O mnie
 
Polityk i ekonomista
 


Najnowsze komentarze
 
2014-03-29 23:07
poliwęglan do wpisu:
Wierząc w cuda
no i blog zakończony
 
2014-02-03 20:59
klimatyzacja do wpisu:
W gospodarce nic nie ginie
podstawa to dobrze wyciągać kasę z maluczkich
 
2014-02-03 20:58
klimatyzacja do wpisu:
Wierząc w cuda
cudów raczej nie będzie
 




 
Rok 2008
 

 
Rok 2007
 

 
Rok 2006
 


 Oceń wpis
   
Przedstawiam tezy mojego listopadowego komentarza (e-gap, 14.11.2007), bo ciągle są aktualne, zwłaszcza w wyniku ogłoszonej decyzji rządu o przystąpieniu do reformy KRUS.
Rzecznik Praw Obywatelskich zaskarżył do Trybunału Konstytucyjnego przepis ustawy o świadczeniach zdrowotnych, który postanawia, że składka ubezpieczenia zdrowotnego za wszystkich rolników - niezależnie od ich majątku i dochodów - opłacana jest przez budżet państwa, czyli wszystkich podatników. Ponieważ jednak rolnicy nie płacą podatku dochodowego, to w praktyce zaskarżone rozwiązanie oznacza, że składkę ubezpieczenia zdrowotnego ludności wiejskiej opłaca ludność miejska.
Sprawa natychmiast została skojarzona z partyjną rywalizacją i przedstawiciele koalicji PO-PSL ocenili to jako uderzenie w nowyrząd. Tym bardziej, że obecny Rzecznik był kandydatem PiS.  
Nie wiem jakie są motywy Rzecznika i szczerze powiedziawszy nie ma to obecnie szczególnego znaczenia. Istotne jest to, że jego inicjatywa stawia rząd wobec konieczności przygotowania szerokiej reformy systemu ubezpieczenia społecznego rolników. Wydaje mi się zarazem, że cała sprawa została chyba jak dotąd zlekceważona. Co prawda, ze strony Trybunału Konstytucyjnego słychać, że będzie on rozstrzygać tę sprawę za jakieś pół roku. Być może więc, tym bardziej w atmosferze wyborczego sukcesu i przejmowania władzy, uznano, że to dużo czasu na przygotowanie odpowiednich kroków, ale to niebezpieczne złudzenie.
Gdyby bowiem Trybunał Konstytucyjny uznał zaskarżony przepis za niekonstytucyjny, to nie da się go w żaden sposób łatwo czymś zastąpić. Trybunał uznałby bowiem, że rolnicy powinni płacić składki ubezpieczenia w zależności od swych dochodów. A to zburzyłoby konstrukcję całego systemu ubezpieczenia społecznego rolników, która osadzona jest na fundamencie ryczałtowej składki. Problem w tym, że aby móc uzależnić składkę od dochodów trzeba dysponować jakimś systemem ewidencji dochodów ludności rolniczej. Ponieważ rolnicy nie płacą podatku dochodowego, takiego systemu nie ma, bo nie był potrzebny. Teraz trzeba będzie go stworzyć. Tu cudów nie ma, nie da się tego zrobić w pół roku, na to potrzeba paru lat.
Tym bardziej jednak konieczne staje się właśnie teraz, gdy nowy rząd przyjmuje swój program, zastanowienie się i rozstrzygnięcie, czy nie przystąpić do wypracowania strategii stopniowego objęcia ludności rolniczej powszechnym systemem podatkowym.
Można uznać, że wniosek Rzecznika stawia ponownie na porządku dziennym kwestię reformy KRUS. Sam uczestniczyłem w dwóch próbach reformowania tego systemu. Nie jest w istocie trudne pokazanie jak to zrobić. Odpowiednie dokumenty, projekty i odpowiedni ludzie do dziś są w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej. Uchowali się, choć na marginesie. Problem w tym, że nie da się zrobić żadnej sensownej i nawet rozłożonej na lata reformy bez ewidencji wysokości dochodu rolniczego. A to wielkie zadanie dla odważnych polityków i kompetentnych urzędników.
Od rozwiązania tej sprawy nie da się już uciec. Trybunał Konstytucyjny rozstrzygając kwestię prawną z pewnością weźmie pod uwagę, czy rząd ma przygotowaną poważną koncepcję rozwiązania problemu. I przyjmie takie orzeczenie, które umożliwi rządowi jej wdrożenie.
Jeśli jednak rząd niczego rozsądnego nie przygotuje, to może znaleźć się w sytuacji bez dobrego wyjścia. Nawet wierząc w cuda, trzeba zrobić swoje.
2008-01-22 12:59
Ogólne Komentarze (52)
 Oceń wpis
   

Parę miesięcy temu w jednym wcześniejszych moich komentarzy napisałem, że jeżeli „nic nie robią, to nie znaczy, że nic się nie dzieje". Polemizowałem z dosyć często wygłaszaną tezą, że co prawda obecny rząd w polityce gospodarczej niczego nie czyni, ale tym samym nie szkodzi. Dowodziłem, że zaniechanie szkodzi, tyle że skutki ujawnią się później. A jednocześnie pokazywałem przykłady wprowadzania złych, wyraźnie szkodliwych rozwiązań. Na dobrą sprawę wszystkie moje kolejne komentarze w jakiejś mierze rozwijały tę myśl. Dzisiaj spróbuję ją podsumować i wprost wskazać na coraz bardziej oczywiste zagrożenia.

Rząd nie podejmuje niezbędnych działań restrukturyzacyjnych w takich sektorach jak – górnictwo węgla kamiennego, kolejnictwo, przemysł stoczniowy czy opieka zdrowotna. W tych – opisywanych przeze mnie – i innych przypadkach szybko narasta ponownie zadłużenie, które tak czy owak obciąży budżet państwa. Tam rodzą się zatory płatnicze i patologia „hodowli długu”. Tam nadal prywatyzuje się zyski i upublicznia straty. Zamiast restrukturyzacji mamy nieefektywną - jawną i ukrytą pomoc publiczną. Niektóre jej formy zostaną zakwestionowane przez Komisję Europejską i zapłacimy wysokie kary.

Rząd przygotowuje i stopniowo wprowadza swoje różne plany konsolidacyjne. Chce tworzyć w różnych sektorach wielkie krajowe grupy gospodarcze i kapitałowe, kontrolowane przez państwo. Tak się dzieje w odniesieniu do PZU i PKO BP. To samo szykuje i staje się w elektroenergetyce, w przemyśle naftowym i gazowym. Zamiast prywatyzacji, ukryta nacjonalizacja, zamiast rynkowej konkurencji, państwowe monopole. Ceny mediów produkcyjnych i usług materialnych będą rosły. Na producentów i konsumentów będą przerzucane koszty etatyzmu, upartyjniania sektora publicznego, nieefektywności i marnotrastwa.

Rząd inicjuje, albo przyzwala na uchwalanie złego prawa. Czasami dzieje się to bez żadnej świadomości. W połowie marca wchodzi w życie nowa ustawa lustracyjna. W rewolucyjnej gorączce objęto jej przepisami osoby wchodzące w skład gremiów kierowniczych wszystkich podmiotów sektora finansowego – zarządów i rad nadzorczych. Bardzo wiele z tych osób to obcokrajowcy. Oni też będą zmuszeni składać oświadczenia lustracyjne. Przy czym przepis jest tak sformułowany, że nie jest oczywiste, że nie odnosi się do służb specjalnych w ogóle, w tym ich własnych państw. Łatwo zdać sobie sprawę, że wywołuje to zamieszanie, a nawet kulturowy szok. Na pozór to drobna sprawa, może nawet „chichot historii”, ale inwestorzy żartami się nie zajmują. Tego w żaden sposób zrozumieć nie zdołają. A przecież takich bubli jest coraz więcej. Dostrzeżone są cerowane, ale w tym samym czasie materia się pruje w innym miejscu i żadne akcje, żadnej Gazety nie nadążą za ich wychwytywaniem, gdy nikt produkcji bubli nie jest w stanie kontrolować. A Komisja Sejmowa „Solidarne państwo” dopiero rusza.

Rząd nie ma spójnych pomysłów na rozwiązywanie najważniejszych problemów strukturalnych. Jednym z nich jest pogłębiająca się nierównowaga na rynku pracy. Mamy paradoksalną sytuację: najwyższe w Europie bezrobocie i coraz powszechniejszy brak rąk do pracy. Minister Gilowska chce obniżać koszty pracy, a Minister Kalata skokowo podnieść minimalne wynagrodzenie. Jak się im obu uda, to nierównowaga będzie jeszcze większa. Gdy Panie tak sobie dyskutują o wyższości, płace zaczynają szybko rosnąć. Jeśli ta tendencja się utrzyma, to gospodarka jeszcze trochę popędzi szybciej, ale napięcia makroekonomiczne będą mocniejsze. Wyższe koszty produkcji, wyższa inflacja, spadek konkurencyjności eksportu, pogorszenie bilansu handlowego, i tak to dalej pójdzie.

Nie mam miejsca, aby tę opowieść dalej ciągnąć. Generalnie uważam, że wywołane przez politykę rządu napięcia kumulują się i skutki w postaci obniżenia dynamiki wzrostu ujawnią się już w drugiej połowie roku. Za rok zacznie się marsz w dół. Pani premier Gilowska zapowiedziała, że polska gospodarka będzie się z taką jak obecna dynamika rozwijać się jeszcze przez kilka lat. Wkrótce zobaczymy kto ma rację. W przyrodzie i gospodarce nic nie ginie.
         
PS. Tym komentarzem żegnam się z użytkownikami portalu money.pl. Dziękuję wszystkim, którzy czytali mój blog, a zwłaszcza tym, którzy komentowali moje wypowiedzi.  

2007-03-06 09:12
Ogólne Komentarze (48)
 Oceń wpis
   

Było kwestią czasu, kiedy do akcji protestacyjnej ruszą kolejarze i zagrożą strajkiem paraliżującym kolej. W minionym tygodniu tylko pogrożono, blokując na parę godzin ruch pociągów w Krakowie i Kutnie, ale w tym ostrzeżenie ma być ostrzejsze.

Kolejowe związki zawodowe żądają podwyżki wynagrodzeń, na pozór niewielkiej, bo o 100 zł, ale idzie o płacę zasadniczą, która jest podstawą do naliczania różnych dodatków. Faktycznie podwyżka będzie znacznie wyższa, a koszty spółek PKP pójdą w dziesiątki milionów zł.

Ponadto kolejowym związkowym bossom idzie o utrzymanie a nawet poszerzenie przywilejów emerytalnych, które mają zostać zlikwidowane z końcem 2007 r. Tak jak w przypadku każdej innej grupy zawodowej, z wyłączeniem górników. W tej drugiej sprawie wybrali się jakiś czas temu z pokojową manifestacją do Warszawy. Gdy stanęli pod Ministerstwem Pracy i Polityki Społecznej wyszła do nich minister Kalata. Zaprosiła na swoje coraz trudniej dostępne pokoje i po chwili wyszli ku swemu zaskoczeniu usłyszawszy, że oczywiście mają rację i sprawa zostanie załatwiona. Minęło jednak kilkanaście tygodni i nic się nie dzieje. Trzeba więc rządowi przypomnieć, że słowo się rzekło. Od strony legislacyjnej rzecz jest prosta. Wystarczy prosta nowelizacja ustawy. Tyle, że w uzasadnieniu projektu nowelizacji trzeba obowiązkowo zapisać ile to będzie państwo, czyli nas podatników, kosztowało. No a tego nikt nie wie. Trwa zlecone przez wiceministra Polińskiego pilne liczenie. Taka to myśl polityczna – najpierw obiecać, potem policzyć ile kosztuje.

Ścieżkę przetarli jeszcze w 2005 roku górnicy, wygrywając „sławną” bitwę pod Sejmem. Oni już swoje dostali. Kolejarze są drudzy w kolejce. Gdyby ten manewr się nie powiódł, to w odwodzie czeka inicjatywa SLD, aby generalnie znowelizować ustawę, utrzymując wszystkie przywileje emerytalne do 2009 r. To jeszcze prostsze wystarczy zamiast 2007 zapisać 2009. Ile to wysiłku?

Premier Gilowska już dobry rok pracuje nad obniżeniem składki rentowej. Teraz jest mowa o 2008 r. jako momencie pełnego wejścia w życie tego pomysłu. Mają zostać w ten sposób obniżone koszty pracy. Dla budżetu będzie to oznaczało ubytek dochodu rzędu kilku miliardów zł rocznie, ale się pewnie z czasem opłaci, bo będzie więcej zatrudnionych i wyższe dochody podatników, wzrosną więc także dochody budżetowe. Jeśli jednak kolejarze dojdą swego lub pomysł SLD się w Sejmie przyjmie (co na jedno wychodzi, bo „torem” kolejarzy ruszą inne grupy zawodowe), to za jednym zamachem koszty pracy relatywnie wzrosną o wiele bardziej niż je zamierza obniżyć minister finansów. Składki emerytalnej się przecież nie podniesie, znaczy się budżet dopłaci. Nie wie prawica, co czyni lewica.

To wszystko dzieje się w sytuacji, gdy niektóre duże spółki kolejowe nie tylko przynoszą straty, ale ich kapitał jest ujemny - rachunkowo ich zobowiązania są wyższe niż ich majątek. Potencjalnie mamy wielką szansę zmodernizować naszą kolej, korzystając z ogromnego unijnego wsparcia, ale aby się to udało, trzeba mieć częściowo środki własne, czyli wydolne ekonomicznie i sprawnie zarządzane organizacje kolejowe. Modernizacja kolei przynajmniej częściowo osłabiłaby presję na budowę autostrad i dróg ekspresowych. Byłoby i ekologiczniej i ekonomiczniej. 

Wyraźnie widać, że nic z tego jednak nie będzie. Kolejarze ruszyli, daleko nie zajedziemy.

2007-02-26 09:12
Ogólne Komentarze (32)
 Oceń wpis
   

Przewodniczyłem Trójstronnej Komisji do spraw Społeczno-Gospodarczych w latach 2001-2005. Uchodziłem za „człowieka dialogu”, osobę, która nawet nadmiernie koncentrowała się na rozmawianiu kosztem rozwiązywania. Zapronowałem w 2003 r. - kiedy sytuacja społeczno-gospodarcza była dramatyczna – i usilnie dążyłem do zawarcia „Paktu dla pracy i rozwoju”, znaczącego porozumienia między związkami zawodowymi, organizacjami pracodawców i rządem. Nie da się ze mnie zrobić wroga dialogu.

Na podstawie doświadczeń mogę stwierdzić, że w obowiązującej formie dialog społeczny stał się fasadą, za którą ukrywa się korporatystyczna walka o interesy. Przypomnieć mogę choćby umowy społeczne zawierane w przypadku konsolidacji przedsiębiorstw energetycznych, zapewniające zatrudnionym w nich pracownikom i „menedżerom” nadzwyczajne przywileje, kosztem użytkowników i podatników. Przyzwolenie na uczynienie z tych umów obowiązującego standardu uzyskano w toku prac trójstronnego zespołu branżowego, w którym dogadali się związkowcy, państwowi pracodawcy i urzędnicy, i nie było na to przyzwolenia rządu.

Tego rodzaju zespoły działają niemal w każdym sektorze z dominującą własnością publiczną. Tym samym promowane są interesy tylko wybranych, najsilniejszych i politycznie wpływowych grup. Państwo zamiast być arbitrem staje się stroną korporacyjnych sporów.

Rozwinięta w Polsce postać dialogu społecznego sprzyja dominacji układów resortowo-korporacyjnych w państwie oraz formowaniu paternalistycznego modelu reprezentacji interesów. Na początku lat 90. stanowiła ona istotną innowację społeczną, umożliwiającą ograniczenie konfliktów ujawniających się we wstępnym okresie systemowej transformacji. Z czasem jednak w coraz większym stopniu zaczęła nie tyle łagodzić, ile hamować niezbędne przeobrażenia. Przede wszystkim dlatego, że związkom zawodowym dialog trójstronny stał się potrzebny nie po to, aby szukać porozumienia, ale zabiegać o uznanie i dodatkowe zasoby, które umacniałyby pozycję danego związku w rywalizacji ze związkowymi konkurentami i rolę etatowych działaczy związkowych.

Jaskrawe przejawy dysfunkcjonalności dialogu korporacyjnego jest sławna „ustawa 203”, wymuszona w 2000 r. na parlamencie i nakazująca wzrost wynagrodzenia pracowników służby zdrowia bez wskazania źródła finansowania i jasnej podstawy systemowej. Ustawa ta była pokłosiem porozumienia między rządem i organizacjami korporacyjnymi, kończącego długą akcję protestacyjno-strajkową. W praktyce przyjęte rozwiązanie okazało się pozorne i szkodliwe. Niczego nie rozwiązywało, a tworzyło dodatkowe źródło konfliktu. Do dzisiaj w opiece zdrowotnej nie można poradzić sobie ze skutkami tego.

Pożądanym kierunkiem ewolucji jest ograniczanie dialogu korporacyjnego na rzecz szerszego dialogu obywatelskiego prowadzonego nie tylko na poziomie centralnym, ale także lokalnym i regionalnym z udziałem właściwego samorządu terytorialnego oraz organizacji pozarządowych. W szczególności musiałoby to oznaczać, że w obszarze stosunków pracy i prawa pracy zamiast dialogu trójstronnego ma się umacniać autonomiczny dialog dwustronny między reprezentacjami pracowników i pracodawców, na poziomie zakładu pracy. W stosunku do przebiegu i ustaleń tego dialogu państwo reprezentowane przez sądy ma pozostawać arbitrem a nie stroną. Taką koncepcję zawiera projekt ukończony w 2005 r. przez Komisję Kodyfikacyjną Prawa Pracy. Komisji tej, powołanej na mój wniosek jako ministra pracy, przez lata przewodniczył profesor Marian Seweryński, minister obecnego rządu. Aż dziw bierze, że w tej dziedzinie nic się nie dzieje. Nowoczesne projekty Kodeksu pracy i Kodeksu zbiorowych stosunków pracy są gotowe. Zamiast godzinami gadać na konferencjach o niewątpliwych sukcesach rządu, można wreszcie zająć się czymś ważnym i trudnym, przyjmując je i wysyłając do Sejmu.        

 

2007-02-19 09:06
Ogólne Komentarze (33)
 Oceń wpis
   

Profesor Religa przedłożył rządowi i uzyskał zgodę na podjęcie działań restrukturyzacyjnych wobec zadłużonych szpitali. Przyjęta przez rząd uchwała przewiduje działania doraźne (w istocie dodatkowe dotacje), jak i zmiany systemowe, będące faktycznie powrotem do moich propozycje sprzed paru lat. Szkoda tylko, że to jest tylko uchwała, czyli plan działań, a nie projekt konkretnych zmian legislacyjnych czy organizacyjnych (sieć szpitali). Widać, że ministerstwo słabo pracuje, reaguje na to, co się wydarzy, a nie wyprzedza wydarzeń.

Natychmiast pojawiła się zapowiedź protestu ze strony medycznych związków zawodowych, a zwłaszcza „Solidarności”, która zapowiedziała przygotowanie do strajku. Stały fragment gry. Dokładnie jak zawsze. Wezwanie do rozmów i zapowiedź ostrego protestu, jeśli rząd podejmie działania nie po związkowej myśli. 

Sam też próbowałem rozmawiać i przekonywać związkowców służby zdrowia i korporacje zawodów medycznych, ale bez żadnego skutku. Symptomatyczne, że gdy przez kolejne miesiące trwał dialog, który przypominał rozmowę głuchych, sytuacja wielu szpitali drastycznie pogarszała się, co popychało wiele samorządów powiatu do akceptowania projektów przekształcania publicznych zoz-ów w niepubliczne, czyli ich żywiołowej komercjalizacji. Odrzucane przez organizacje korporacyjne propozycje rządowe miały takiemu niekontrolowanemu procesowi zapobiegać. Głównym argumentem związkowców była niezgoda na prywatyzację, co nie było wszakże ani pomysłem, ani intencją rządu. Korporacyjny opór blokował uporządkowane i pożądane zmiany, ale jednocześnie otwierał ścieżkę do zmian chaotycznych i niepożądanych. Partnerzy społeczni nie byli zdolni dostrzec tego, że albo system będzie się zmieniał w sposób uregulowany i kontrolowany, albo będzie się dostosowywał żywiołowo do rynkowych uwarunkowań, a wtedy bez wątpliwości stanie się to, czego się w szczególności obawiają – dzika prywatyzacja.

Chcę powiedzieć jasno. Niepowodzenia w reformowaniu systemu ochrony zdrowia w Polsce wynikają między innymi z postawy i postępowania środowisk medycznych, zwłaszcza środowiska lekarskiego. Głównym eksponentem jego interesów i stanowiska stała się korporacja lekarzy, działająca w formie izb lekarskich. Naczelna i okręgowe izby lekarskie konsekwentnie hamują wszelkie działania zorientowane na choćby ograniczoną, ale uregulowaną komercjalizację zakładów opieki zdrowotnej, zwłaszcza szpitali. Natomiast sprzyjają komercjalizacji dzikiej, nieuregulowanej, wynikającej z przenikania się prywatnej i publicznej działalności medycznej, oraz twardo żądają dalszego zwiększenia nakładów publicznych na służbę zdrowia. Podawane jest to opinii publicznej w taki sposób, aby siebie postawić w roli jedynego rzecznika dobra pacjentów, a odpowiedzialnością całkowicie obciążyć polityków.

Prowadzenie dialogu jak dotąd nie ma sensu. Na nic się zdadzą wszelkie „medyczne okrągłe stoły”, od tworzenia których zaczynało urzędowanie wielu ministrów zdrowia. Szybko okazywało się, że głos mieli zabrać wszyscy, ale słychać było wybranych – organizacje korporacyjne zawodów medycznych i ich reprezentantów w parlamencie. Kończyło się zawsze na kręceniu wokół własnego ogona.

Odczuwam, że profesor Religa ma spore szanse wprowadzić konieczne zmiany. Wzbudza zaufanie i jest na ogół lubiany. Musi się jednak odwołać przede wszystkim do pacjentów i obywateli, do tych, którzy za to płacą i dlatego ich głos jest najważniejszy. Musi się zderzyć ze swoim zawodowym środowiskiem. Ale teraz jak na dłoni widać, że dalsze podnoszenie składki ubezpieczenia zdrowotnego i zwiększanie wydatków publicznych samo nie pomoże.    

2007-02-12 09:39
Ogólne Komentarze (31)
 Oceń wpis
   

Nie spodziewałem się, że tak szybko przyjdzie mi wrócić do sprawy finansowania opieki zdrowotnej. Sprawiło to orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego kwestionujące przepis, który ograniczał ściągalność długów publicznych zakładów opieki zdrowotnej. Natychmiast ruszyły nakazy i zajęcia komornicze. W wielu szpitalach, szczególnie na Dolnym Śląsku zrobiło się dramatycznie.

Ze szczerym uznaniem patrzę na wysiłki ministra Religi, aby szybko zaradzić sytuacji. Profesor robi to z osobistą determinacją i publicznie przekonywująco. Teraz pewnie niczego innego zrobić nie można. Jeśli wybuchł pożar, trzeba gasić.

Pamiętam taką samą sytuację sprzed trzech-czterech lat. Zadłużone setki szpitali, łączne ich długi rzędu co najmniej 6-7 mld zł, zobowiązania wymagalne bliskie 2 mld. Handel długami kwitnie, zajęcia komornicze na porządku dziennym, akcje protestacyjne wybuchające coraz to w innymi miejscu, gorączka mediów i opinii publicznej. Zaproponowałem wówczas systemowe rozwiązanie w postaci ustawy o pomocy publicznej i restrukturyzacji publicznych zakładów opieki zdrowotnej. Zakładała ona umorzenie lub rozłożenie na raty zobowiązań publicznoprawnych; wprowadzenie kredytu pomostowego umożliwiającego restrukturyzowanym zakładom opieki zdrowotnej wypłatę zobowiązań pracowniczych i cywilnoprawnych oraz zmianę formy organizacyjno-prawnej zakładów opieki zdrowotnej, polegającą na możliwości ich łączenia oraz przekształceniu w spółki użyteczności publicznej, co oznaczało poddanie ich prawu upadłościowemu.

Kategorycznie nie godziłem się na kolejne bezwarunkowe oddłużenie szpitali, gdyż zrobiono to wcześniej dwa razy i nic korzystnego się nie stało. Przeciwnie, nagrodzono zarządzających nieudolnie, a pośrednio ukarano efektywnych. Kto się nie zadłużał, w praktyce szkodził swojemu zakładowi. Wszyscy eksperci podkreślali, że mamy za dużo szpitali, szczególnie na Dolnym Śląsku, bo tam rozlokowano gęsto szpitale na wypadek wojny Układu Warszawskiego z NATO. Jednocześnie żaden minister zdrowia nie był w stanie zaproponować racjonalnej sieci szpitali i sposobu jej ustanowienia. 

Opór wobec mojej propozycji ujawnił się w parlamencie, i to we wszystkich klubach parlamentarnych. W rezultacie przez wiele miesięcy sejmowa Komisja Zdrowia w praktyce blokowała prace nad ustawą. Rej wodził poseł Piecha. Wymuszano w ten sposób na rządzie kolejne ustępstwa, tak że w końcu ustawa została uchwalona w kształcie, który nie zapewniał rzeczywistej i głębokiej restrukturyzacji. Odrzucono rozwiązania mające zapobiegać ponownemu zadłużaniu się zakładów, takie jak: przekształcanie zoz-ów w spółki użyteczności publicznej, objęcie ich prawem naprawczym i upadłościowym, wprowadzenie zasad jawności gospodarki finansowej oraz możliwości łączenia zakładów.

Publicznie przewidywałem, że uruchomione poprzez tę ustawę środki budżetowe rzędu 2,5 mld zł zostaną z pewnością wydane, okresowo złagodzą napięcie, ale nie przysłużą się do zasadniczej zmiany sytuacji i nie zablokują kolejnej fali zadłużania się setek szpitali. Ustawa restrukturyzacyjna w wersji uchwalonej przez Sejm była politycznym przyzwoleniem na utrzymywanie i utrwalenie patologicznego stanu. To nie było rozwiązanie pozorne.   

Z komornikami posłowie poradzili sobie łatwo, wprowadzając przepis, który teraz został uznany za niekonstytucyjny. A przecież prawnicy ostrzegali, że tak się może stać. Pytanie też co robiło ministerstwo i minister Religa, kiedy już wiadomo było wiele miesięcy temu, że przepis został zaskarżony.

Politycy czasami muszą być strażakami. Trzeba ich wtedy bezwarunkowo wspierać. Ale najczęściej strażakami stają się na własne życzenie, dlatego, że nie podejmują z wyprzedzeniem odpowiednich działań zapobiegawczych, klajstrują a nie rozwiązują problemy. Dobre rządzenie to jednak nie domena sikawkowych i gadających pod publiczkę a rozumnych i odważnych przywódców, decydentów.

2007-02-05 11:21
Ogólne Komentarze (20)
 Oceń wpis
   

W życiu publicznym czy w gospodarce rzadko kiedy ruch jest jednostronny. Zazwyczaj działania zorientowane na jakiś cel, są jakoś neutralizowane przez działania przeciwne. 
Tak jest też w przypadku rozwoju regionalnego i regionalizacji. Generalnie Polska się decentralizuje i jest to świadomie wybrany kierunek przeobrażania naszej państwowości, zapisany w Konstytucji. Najważniejsze zmiany systemowe dokonały się w tym zakresie w roku 1991, kiedy utworzone zostały samorządowe gminy (rząd Tadeusza Mazowieckiego) oraz w roku 1999, kiedy utworzono samorządowe powiaty i województwa (rząd Jerzego Buzka). Można oczywiście wskazać zmiany mniejszej wagi jak przykładowo nowa ustawa o dochodach jednostek samorządu terytorialnego z 2003 r. (rząd Leszka Millera).

To pokazuje, że decentralizację państwa deklarowały i popierały zasadniczo wszystkie dotychczasowe rządy. Mimo to Polska jest nadal mocno scentralizowana i wciąż bardzo daleko nam do urzeczywistnienia konstytucyjnej zasady pomocniczości. Przede wszystkim dlatego, że z jednej strony wprowadzano wielkie ustrojowe inicjatywy, a z drugiej, w okresie tych samych rządów, liczne i często mało widoczne, drobne posunięcia rządowej administracji odwracały ustawowe zmiany. Rządowa biurokracja krok po kroku odzyskiwała realną kontrolę i władzę. Powoli, ale skutecznie dokonywała się pełzająca centralizacja.

Teraz jednak mamy do czynienia z nową jakością, która się ujawnia w związku z ustanawianym mechanizmem zarządzania unijnymi funduszami. Formalnie kierunek na decentralizację ma być utrzymany. Będzie 16 regionalnych programów operacyjnych, zamiast jak dotąd jednego zintegrowanego krajowego programu operacyjnego. Każdy samorząd wojewódzki ma mieć swoją pulę środków, którą wykorzysta zgodnie z własną koncepcją.

Kiedy się jednak przypatrzyć temu jakie uprawnienia ma w odniesieniu do regionalnych programów operacyjnych (rpo) rząd i wojewoda, to obraz wygląda inaczej. Praktycznie konstrukcja jest taka - zarząd województwa może wszystko, ale... Ministerstwo Rozwoju Regionalnego (MRR) może wpłynąć na kształt rpo i system jego wdrażania poprzez wydanie wytycznych. MRR ma prowadzić negocjacje z Komisją Europejską, co do kształtu każdego rpo. Dodatkowo narzędziem dyscyplinowania samorządów wojewódzkich będzie nowy model „kontraktu regionalnego”. W każdym posiedzeniu komisji konkursowej przyznającej środki z rpo ma prawo uczestniczyć przedstawiciel wojewody. Wojewoda powołuje Komitet Monitorujący rpo. Wojewoda rozpatruje odwołania od decyzji dotyczącej finansowania złożonych projektów. Wojewoda ma prawo weta wobec decyzji zarządu województwa.

To już nie jest pełzająca centralizacja, to centralizacja postępująca. Obecny rząd jest jawnie procentralistyczny i etatystyczny. Gdy zapytać dlaczego, to najczęściej mówi się, że należy zadbać o to, aby unijnych pieniędzy nie marnowano, że trzeba przeciwstawić się naciskowi grup interesu, że nie może być tak, że na granicach dwóch sąsiadujących województw krajowa droga ekspresowa się nie schodzi. Pomieszanie z poplątaniem. Nikt nie proponował i nie proponuje zdecentralizowania decyzji o przebiegu autostrad i dróg ekspresowych. To nieudolność administracji rządowej prowadzi do takich kuriozalnych zaniedbań. Administracja rządowa „marnuje” środki unijne równie skutecznie jak samorządowa. Czy trzeba przypomnieć osiągnięcia ministra Ryszarda Czarneckiego, obecnie głośnego samokandydata na stanowisko prezesa PZPN. Najważniejsze jednak, że za działaniami administracji rządowej kryją się zawsze grupy interesów, tyle że trochę inne niż te regionalne. Są to interesy związane z różnymi sektorami, w których dominuje własność publiczna – górnictwo, energetyka, przemysł stoczniowy itd. Lista jest długa. Jak już mam bać się wpływów grup interesu, to już wolę te mniejsze regionalne – powiatowe i gminne, niż te wielkie – krajowe. Te pierwsze można okiełznać, na tych drugich łamią sobie zęby kolejni ministrowie i rządy. Biednego ministra Poncyljusza nie wzięto nawet na negocjacje z górnikami, taki „brzydki”.                 

2007-01-29 08:46
Ogólne Komentarze (11)
 Oceń wpis
   

Początek 2007 r. Wkrótce strajk ostrzegawczy w górnictwie i zapowiedź zablokowania wywozu węgla ze Śląska. To scenariusz zimowy. A wiosną? Można się spodziewać, że górnicy znów ruszą do Warszawy. To reakcja na kolejną rządową strategię restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego. Można by powiedzieć, że nic nowego. Stały fragment gry. Czy jednak?

W latach 2004 i 2005 odnotowano znaczącą poprawę sytuacji finansowej górnictwa: wpływy do budżetu centralnego przewyższyły wszystkie formy udzielanej pomocy w 2004 r. o 2,5 mld zł, a w I półroczu 2005 o 1,4 mld zł. To zasadniczo efekt dwóch czynników: korzystnej koniunktury w świecie i wysokiej ceny węgla (szczególnie koksującego) oraz restrukturyzacji zadłużenia (umorzenie zobowiązań rzędu 18 mld zł), której efektem było zakończenie lawinowego narastania kosztów z tytułu odsetek od zobowiązań oraz dokapitalizowania Kompanii Węgłowej. W pewnym, choć wyraźnie w mniejszym stopniu, wpłynęła na to także realizacja kilku przedsięwzięć proefektywnościowych, w tym uporządkowanie sprzedaży węgla.

Dzięki temu górnictwo stanęło na nogi. Z góry było jednak wiadomo, że bez twardego trzymania kosztów, w tym wynagrodzeń, bez dyscypliny finansowej, bez perspektywy prywatyzacji, to co dobre się skończy wraz z koniunkturą, która przecież nie potrwa wiecznie. Zdecydowanie o tym mówiłem i w Sejmie, i na Śląsku. Wskazywałem na prawnie niedopuszczalne formy działania związków zawodowych, które blokują wprowadzenie niezbędnych rozwiązań. Między innymi gorącym tematem była kwestia zbiorowego układu pracy w Kompanii Węglowej, największej spółce sektora. Jej utworzenie z końcem 2002 r. i włączenie do niej kopalń z różnych spółek górniczych oznaczało, że po roku powinny przestać obowiązywać umowy pracownicze wynikające z dotychczasowych kopalnianych układów zbiorowych. Tak się nie stało. Na przeszkodzie stanęły związki zawodowe, które nie były gotowe do żadnego porozumienia z zarządem Kompanii, poza przyjęciem, że w całej firmie ma obowiązywać najkorzystniejszy dla pracowników układ.

Gdy starałem się podejmować zdecydowane działania i przestrzegałem, że bez nich zmarnujemy okres dobrej koniunktury i stracimy szanse uzdrowienia górnictwa, byłem bezwzględnie atakowany przez posłów opozycji, w tym kolegów posła Pawła Poncyljusza i przez niego samego.

Uważam obecne działania ministra Poncyljusza za merytorycznie słuszne i konieczne. To człowiek odważny. Staję zdecydowanie po jego stronie. To co proponuje trzeba robić. Nie wróżę mu jednak sukcesu. Przypominam bowiem sobie jak się zachowywali posłowie PiS, Samoobrony i LPR, gdy górnicy styliskami pod Sejmem wywalczyli sobie uprawnienia emerytalne. Pamiętam jak zaraz po utworzeniu rządu Kazimierza Marcinkiewicza dokonano gruntownej czystki kadry kierowniczej w górnictwie (sławetny desant z Gorzowa), mimo, że osoby przez mnie obsadzone nie były politycznymi nominatami, za co byłem systematycznie łajany przez „kolegów” z SLD. Do głowy przychodzi mi zaraz historia dzielnego dyrektora kopalni „Budryk”, który przeciwstawił się związkowej kaście i musiał odejść, nie broniony przez rząd. I tak dalej.

Przez blisko półtora roku zamiast kontynuować to, co zostało zaczęte i podejmować trudne problemy zajmowano się politycznymi rozgrywkami. W 2006 r. Kompania Węglowa miała wysoką stratę. Naocznie widać rozkład systemu zarządzania, który się dokonał w tak krótkim czasie. Działacze związkowi już wiedzą, że przychodzi czas próby, kiedy należy pokazać kto tu rządzi, i przypomnieć politykom, że trzeba będzie kolejnych dotacji. A wytrenowana w politycznych roszadach kadra jeszcze ich w tym upewni i dostarczy autobusów na wycieczkę do Warszawy.     
  
PS.
Doszło do mnie, że Tadeusz Cymański, poseł wagi lekko-kabaretowej targał mnie, namiętnie powtarzając inwektywę „hausnerczyza”. Panu posłowi rzeczy się pomieszały. W odróżnieniu od jego ugrupowania, ja podatki obniżałem, w tym akcyzę na benzynę. Panu posła proszę, aby się już nie zaczynał, bo wyjdzie mu kolejna „filipinka”.


 

2007-01-22 09:22
Ogólne Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Dwa razy w roku akademickim kierowana przeze mnie Katedra Gospodarki i Administracji Publicznej (GAP) Akademii Ekonomicznej w Krakowie organizuje dla naszych studentów wyjazdowe sympozja, które stanowią doskonałą okazję do wszechstronnego przedyskutowania ważkich zagadnień. W ostatni weekend w Ustroniu rozmawialiśmy między innymi o Bliskim Wschodzie i bezpieczeństwie energetycznym. Swoje opinie na ten temat przedstawili tacy znakomici eksperci jak: Andrzej Lubowski, Zygmunt Berdychowski, Igor Chalupec, gen. Mieczysław Bieniek, Michał Rutkowski oraz Marek Belka. Przysłuchując się interesującej debacie starałem się sformułować kilka zasadniczych jej konkluzji.

Bezpieczeństwo energetyczne to bezpieczeństwo międzynarodowe. Żaden kraj, nawet USA, nie jest w stanie zapewnić sobie tego w pojedynkę. Tym bardziej dotyczy to krajów słabszych. Bezpieczeństwo energetyczne Polski na dłuższą metę będzie funkcją naszej pozycji w Unii Europejskiej i skuteczności jej dialogu z Rosją. Z tego punktu widzenia sprawy mają się nie najlepiej. Temat podnosimy, ale niewiele osiągamy.

Bezpieczeństwo energetyczne jest ścisłym związkiem rynku i polityki. Ważne i jedno, i drugie – jaki rynek i jaka polityka? W Polsce dyskutujemy głównie o tym drugim aspekcie i przede wszystkim w kontekście mocarstwowych ambicji Rosji. Naszym politycznym myśleniem kieruje lęk przed zamkniętymi przez Rosję kurkami z ropą i gazem. Rosja będąc głównym europejskim dostawcą tych paliw będzie to wykorzystywać do realizacji swoich politycznych ambicji i wywierania nacisku. Wszak trudno powiedzieć, gdzie się kończy Gazprom, a gdzie się zaczyna Rosja. Tyle, że aby naciskać, trzeba sprzedawać. Rosja musi sprzedawać ropę i gaz, bo bez tego jej gospodarka się załamie. Groźba zakręcenia kurków, jest stosowana po to, aby korzystniej sprzedać lub wymusić dostęp do cudzych rurociągów i firm przetwórczych, a nie po to, aby odciąć dostawy w ogóle. Rosja na razie nie ma efektywnej możliwości przeniesienia swego eksportu paliw poza Europę. To się pojawi za jakiś czas, gdyż Rosja buduje trzy nowe linie przesyłowe ropy naftowej, w tym przede wszystkim w kierunku Chin i Indii. Motywacja Niemców czy Brytyjczyków popierających gazociąg na dnie Bałtyku wynika między innymi z tego, aby zapewnić, że rosyjski gaz przesyłany będzie do Europy Zachodniej a nie gdzie indziej. 

Polska bez większych problemów mogłaby otrzymać potrzebną nam ropę spoza Rosji. Tyle, że byłaby to ropa wyraźnie droższa. A to zagrażałoby naszemu bezpieczeństwu od strony ekonomicznej. Poważniejsza sytuacja dotyczy gazu, gdyż nie ma w tej chwili znaczących alternatywnych źródeł dostaw. Generalnie jednak, również ze względu na własny węgiel, jesteśmy znacznie bardziej samowystarczalni energetycznie niż kraje Europy Zachodniej i niż się potocznie sądzi. Bezpieczeństwo energetyczne Polski zasadniczo jest problemem przyszłościowym i strategicznym, a nie doraźnym.

Rozwiązywanie tego problemu wymaga krajowego ośrodka strategicznego myślenia, którego praktycznie nie ma. Stąd nie jesteśmy dobrze przygotowani do tej trudnej strategicznej gry ekonomiczno-politycznej, którą jest bezpieczeństwo energetyczne. Nasza polityka jest przez to bardziej polityką lęku niż kalkulacji. Lęki są przy tym wzmacniane przez kilka energetycznych lobby (węglowe, naftowe, energoelektryczne, gazowe), które tym łatwiej uzyskują korzystne dla siebie rozwiązania i decyzje polityków i urzędników. W rezultacie niektóre aspekty bezpieczeństwa energetycznego, jak np. ekologiczny, są skutecznie spychane na margines. I to się już wkrótce przeciwko nam obróci. 

Energetyczni lobbyści często mówią, że bezpieczeństwo kosztuje. Ekonomiści i politycy powinni jednak pytać – kogo? ile?, za co?. A przede wszystkim zastanowić się czy to co się lobbystycznie wymusza, tworzy rzeczywiste bezpieczeństwo, a nie jest tylko sektorową i stronniczą perspektywą. 

2007-01-15 09:53
Ogólne Komentarze (18)
 Oceń wpis
   

Przeglądając swoje archiwum natknąłem się na opracowanie grupy ekspertów pod kierownictwem prof. Zbigniewa Religi, przygotowane w 2004 r. We wstępie autorzy, określiwszy się jako grupa niezależnych ekspertów, stwierdzili, że: „Prezentujemy różne sympatie polityczne, ale łączy nas jedno – chęć uporządkowania systemu opieki zdrowotnej w Polsce zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Działamy w trosce o zdrowie naszych obywateli, a nie w imię interesów jakiejkolwiek partii politycznej, ugrupowania czy biznesu”.

 

Rzeczowa analiza przedstawionych propozycji prowadzi do wniosku, że wszystkie (z wyłączeniem jednego – wdrożyć monitorowanie ordynacji lekarskiej oraz jakości udzielanych świadczeń) prowadzą do zwiększenia nakładów, natomiast żadna wprost nie odnosi się do kwestii kosztów i efektywności świadczeń medycznych.        

 

W Polsce od wielu lat toczy się spór o kierunek zmian systemu opieki zdrowotnej. Póki co jest on nierozstrzygalny również dlatego, że środowiska medyczne i ekonomiczne dzieli spojrzenie na źródła kryzysu oraz tryb postępowania naprawczego. Eksperci medyczni nacisk kładą na kwestię zasilania finansowego systemu. Dla nich w systemie jest za mało środków, w stosunku do przyjętego standardu świadczeń medycznych objętych obowiązkowym ubezpieczeniem, a z tego wynika permanentny deficyt.

 

Natomiast ekonomiści podkreślają, że takie rozumowanie abstrahuje od kwestii bodźców i kosztów, co oznacza, że nigdy żadne finansowanie nie okaże się wystarczające. Dlatego punktem wyjścia musi być kwestia efektywności i restrukturyzacji zakładów opieki zdrowotnej. Wtedy ma sens rozważanie projekcji finansowej i zastanawianie się nad źródłem pokrycia ewentualnego deficytu, a także mechanizmem finansowym, który zapewni płynność i samofinansowanie systemu w długim okresie. Wybór społeczny i polityczny powinien rozstrzygać, które z dodatkowych możliwych źródeł finansowania powinno zostać uruchomione (współpłacenie przez pacjentów, dobrowolne doubezpieczenie, podwyższenie obowiązkowej składki, wyższe podatki i nakłady budżetowe, rynek itp.).

 

Jedna z propozycji „grupy prof. Religi” jest zdecydowanie popierana przez ekonomistów - wprowadzenie dobrowolnych ubezpieczeń dodatkowych. Tworzenie prywatnego filara ubezpieczeń zdrowotnych ma na celu przede wszystkim wykreowanie mechanizmu presji ubezpieczycieli i ubezpieczonych na funkcjonowanie zakładów opieki zdrowotnej. Presja ta jest warunkiem poprawy zarządzania, podniesienia standardu wykonywania świadczeń medycznych oraz eliminowania patologii, w tym łapówkarstwa.

 

Za szybkim wprowadzeniem w Polsce dodatkowego ubezpieczenia przemawia także żywiołowe rozwijanie się prywatnego systemu abonamentowego, poprzez który zagraniczne firmy przechwytują bogatych klientów, zapewniając im uprzywilejowany dostęp do świadczeń oferowanych także w systemie publicznym. Przy czym opłaty abonamentowe, nie mając charakteru składki ubezpieczeniowej, są uznawane za koszt uzyskania przychodu, co pozwala uniknąć opodatkowania.

 

Profesor Religa od kilkunastu miesięcy jest ministrem zdrowia i nie widać żadnej jego determinacji we wprowadzaniu dodatkowego ubezpieczenia. Przeciwnie, dyrektor departamentu, który opracował i przedstawił publicznie taką koncepcję (skąinąd bardzo ostrożną, by nie powiedzieć zachowawczą) stracił swoje stanowisko.

 

Może wyjaśnienie tkwi w tym, że inne cele „planu Religi” udaje się realizować i środków na opiekę zdrowotną jest coraz więcej. Również, bo wysoki wzrost gospodarczy prowadzi do wyraźnego wzrostu wpływów ze składki obowiązkowego ubezpieczenia zdrowotnego. W 2006 r. były one o 1/3 większe niż w 1999 r., kiedy to ubezpieczenie wprowadzono.

 

Teraz możemy sobie zdrowo pogadać o „monitorowaniu ordynacji i jakości”.

2007-01-08 09:08
Ogólne Komentarze (13)
1 | 2 |