O mnie
 
Polityk i ekonomista
 


Najnowsze komentarze
 
2014-03-29 23:07
poliwęglan do wpisu:
Wierząc w cuda
no i blog zakończony
 
2014-02-03 20:59
klimatyzacja do wpisu:
W gospodarce nic nie ginie
podstawa to dobrze wyciągać kasę z maluczkich
 
2014-02-03 20:58
klimatyzacja do wpisu:
Wierząc w cuda
cudów raczej nie będzie
 




 
Rok 2008
 

 
Rok 2007
 

 
Rok 2006
 


 Oceń wpis
   

Protesty związków zawodowych nikogo w Polsce nie dziwią. Jeżeli jednak związkowcy, na czele z tymi z „Solidarności”, protestują domagając się prywatyzacji ich przedsiębiorstwa, to jest to zaskakujące. Tym bardziej jeśli nie liczą na to, że mogą otrzymać z tego tytułu znaczące udziały prywatyzacyjne jak ich koledzy w PGNiG czy w energetyce, bo ich firma jest mocno zadłużona.

 

Związkowcami ze Stoczni Gdynia kieruje przekonanie, ba pewność, że jeśli nie zostanie ona sprywatyzowana, to upadnie i zostanie zlikwidowana, a wtedy jej pracownicy stracą miejsca pracy. Od kilku lat wiadomo, że praktycznie jedyną drogą dla uratowania polskich stoczni jest ich konsolidacja, restrukturyzacja i prywatyzacja. Taki projekt został opracowany i przygotowany do wdrożenia w połowie 2005 r.

 

Konsolidacja miała polegać na skupieniu wokół Agencji Rozwoju Przemysłu grupy kapitałowej pod nazwą Korporacja Polskie Stocznie S.A., w skład której weszłyby Stocznia Szczecińska Nowa oraz Stocznia Gdynia (która wcześniej przejęła kontrolę nad Stocznią Gdańską) oraz inne mniejsze podmioty z branży. Przejęcie wiodącej roli przez ARP miałoby zapewnić minimalizację potrzeb w zakresie pomocy publicznej, bowiem jej wiarygodność przyczyniłaby się do odblokowania bankowego finansowania sektora. Przewidywano emisję instrumentów dłużnych na szczeblu ARP (KPS) i następnie wykorzystanie pozyskanych środków do finansowania rentownych projektów, realizowanych przez stocznie produkcyjne, przy udziale ich kooperantów. Zakładano jednocześnie przeprowadzenie kompleksowej restrukturyzacji organizacyjnej i finansowej podmiotów zależnych.

Ten projekt zakładał uruchomienie znaczącej pomocy publicznej, która zyskałaby akceptację Komisji Europejskiej tylko wówczas, gdyby całe przedsięwzięcie przeszło „test prywatnego inwestora”, co w praktyce oznacza, że jego celem byłaby prywatyzacja i działalność gospodarcza na rynkowych zasadach. 

 

Rząd PiS zrezygnował z tego projektu i zajął się głównie rozdzielaniem Stoczni Gdynia i Stoczni Gdańsk. Zrobiono to, ponieważ szukający w wyborach prezydenckich głosów Lech Kaczyński obiecał, że Stocznia Gdańska będzie samodzielnym podmiotem. Tu nie tyle chodziło o politykę historyczną (Stocznia Gdańsk jako kolebka), ile o politykę elektoralną – poparcie ze strony Radia Maryja i po części NSZZ Solidarność. Aby przeprowadzić operację rozdzielenia najpierw powymieniano kadrę kierowniczą w obu stoczniach oraz ARP. W oczekiwaniu na to trwał przez wiele miesięcy stan tymczasowości.

 

Teraz sytuacja stała się dramatyczna. Problemem jest zorganizowanie gotówki na wypłatę wynagrodzenia pracowników. A jednocześnie wszyscy się ze wszystkimi kłócą i wzajemnie publicznie oskarżają (także o sprawy prokuratorskie), mimo, że należą do jednego politycznego układu.

 

Pomieszanie biznesu z partyjną polityką nie służy ani biznesowi, ani polityce. Szkoda tylko, że się o tym mówi, sprawiając wrażenie, że się o tym wie, a faktycznie mówi się o czymś, czego się nie rozumie i nie respektuje. Poprzez konsolidację, restrukturyzację i prywatyzację udało się uratować huty. Może znakomitemu prezydentowi Gdyni, uda się wyjaśnić prezydentowi RP, którego jest doradcą, że dla stoczni nie ma innej drogi. Martwić się jednak należy nie tylko o to czy to możliwe, ale także o to czy nie jest za późno.      

  

  

Najistotniejszym chyba elementem, spośród działań mających przyczynić się do uzdrowienia branży stoczniowej byłą konsolidacja stoczni produkcyjnych. Poprzez konsolidację miały zostać osiągnięte następujące cele:

  • zapewnienie stabilności funkcjonowania stoczni produkcyjnych w drodze poprawy
    efektywności ich funkcjonowania;
  • stworzenie spójnej i efektywnej organizacji, zdolnej do konkurowania na rynkach
    światowych w zakresie budowy statków i działalności komplementarnej;
  • efektywniejsze wykorzystanie krajowego zaplecza naukowo-badawczego, celem unowocześnienia i rozwoju branży,
  • przebudowa systemu zarządzania grupą kapitałową oraz stworzenie nowego układu
    kooperacyjnego, zdolnego do elastycznego reagowania na wahania koniunkturalne w
    sektorze stoczniowym;
  • stopniowa prywatyzacja całej branży.
2006-12-18 09:35
Ogólne Komentarze (7)
 Oceń wpis
   

Zreformowanie KRUS (Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego) nie jest sprawą łatwą, zważywszy na liczebność ludności wiejskiej oraz wagę jej reprezentacji politycznej w parlamencie. Zasadniczo są dwie strategie postępowania. Pierwsza polegałaby na pozostawieniu w dłuższym okresie odrębnego systemu rolniczego, przy dokonaniu w nim zasadniczej zmiany, oznaczającej ogólnie przejście od modelu zabezpieczeniowego do modelu ubezpieczeniowego, co w szczególności pociąga za sobą niezbędność zróżnicowania składki i odpowiednio wysokości świadczenia. Druga strategia zakłada, że KRUS stałby się specyficznym i stopniowo zanikającym systemem pomocy społecznej dla tych rolników, którzy z powodu zbyt niskich dochodów nie mogą uczestniczyć w systemie ubezpieczeniowym. Natomiast pozostali rolnicy zostaliby włączeni do powszechnego systemu emerytalnego.

Ta druga koncepcja jest niewątpliwie radykalniejsza, wątpliwe jednak czy w naszych uwarunkowaniach społeczno-politycznych możliwa do przeprowadzenia. Szanse powodzenia ma koncepcja pierwsza, o ile udałoby się utworzyć stabilną większość parlamentarną bez udziału partii chłopskich (PSL, Samoobrona). Przy czym niewątpliwie reformowanie rolniczego systemu emerytalnego będzie łatwiejsze, jeżeli zostanie powiązane z objęciem ludności rolniczej ogólnym systemem podatkowym. Doskonałym momentem przeprowadzenia tego było wejście do Unii Europejskiej i uzyskanie przez rolników dopłat bezpośrednich. Niestety takiej inicjatywy nie podjął ani rząd AWS-UW, ani rząd SLD-UP-PSL. I ten dogodny moment minął.

Sam dwukrotnie podchodziłem do reformy KRUS. W 1997 r. będąc pełnomocnikiem rządu ds. reformy zabezpieczenia społecznego przedstawiłem ogólne założenia reformowania segmentu rolniczego, ale cały wysiłek został położony wówczas na segmencie pracowniczym (ZUS). Wynikało to z czysto politycznych kalkulacji. Szczególnie w roku wyborczym rząd SLD-PSL nie był w stanie wyjść z inicjatywą reformy KRUS. Gdybym się przy tym upierał, zapewne zablokowana byłaby reforma systemu pracowniczego. Ponownie zająłem się sprawą w 2003 r. Wtedy opracowana została szczegółowa propozycja reformy. Zakładała ona między innymi: powiązanie wysokości składek z dochodem rolniczym oraz przywiązanie dopłat do składek a nie do świadczeń, stworzenie możliwości dobrowolnego ubezpieczenia się w instytucjach kapitałowych.

Propozycje te oznaczają, że opowiadam się za utrzymaniem KRUS oraz wykluczam aktualnie możliwość jego samofinansowania. Uznaję natomiast za możliwe znaczące ograniczenie jego subsydiowania. Także w następstwie uporządkowania i sanacji systemu oraz eliminacji nadużyć.

Trzeba mieć świadomość, że nawet takiej umiarkowanej reformie przeciwne są reprezentacje ludności wiejskiej, zwłaszcza działacze rolniczych związków zawodowych. To oni panoszyli i panoszą się w KRUS, traktując tę instytucję dosłownie jako „swoją” kasę. Dlatego wątpliwe, aby tę reformę udało się przeprowadzić ministrowi rolnictwa. Zabiegałem o to długo, aby odpowiedzialność za KRUS przenieść na ministra polityki społecznej. Udało się to, ale obecny rząd, w ramach koalicyjnych targów, tę ustawową zmianę cofnął. Teraz akurat i tak nie miałoby to praktycznego znaczenia, bo tu i tu Samoobrona.

2006-12-11 09:59
Ogólne ekonomia, polityka, ue, praca Komentarze (10)
 Oceń wpis
   

Reforma emerytalna w odróżnieniu od wielu systemowych reform, które przeprowadzono w drugiej połowie lat 90., jak dotąd zasadniczo nie była politycznie kontestowana i korygowana. Oczywiście wyrażano wobec niej także opinie krytyczne i proponowano takie rozwiązania modyfikujące, które oznaczałyby odwrót. Jednakże jak dotąd żaden rząd i żaden minister takich rozwiązań nie poparł i z nimi nie wystąpił. Kolejne, politycznie odmienne rządy kontynuowały z większą lub mniejszą determinacją ten sam projekt.

Przygotowanie koncepcji reformy emerytalnej nastąpiło w okresie, gdy ministrem pracy i polityki społecznej był Andrzej Bączkowski, człowiek Solidarności w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza (SLD-PSL). Po nagłej śmierci Andrzeja (minęło właśnie 10 lat), ja odpowiadałem za rozpoczęcie jego wdrożenia – jako pełnomocnik rządu. Wtedy też udało się stworzyć szerokie porozumienie wokół projektu reformy i uchwalić pierwsze ustawy, w tym o funduszach emerytalnych, które poparła niemal cała ówczesna opozycja parlamentarna. W rządzie Jerzego Buzka (AWS-UW) rolę pełnomocnika rządu przejęła Ewa Lewicka, ekspert Solidarności. Wtedy reforma została całościowa uruchomiona, zgodnie z pierwotnym projektem. Pałeczkę w tej sztafecie w rządzie Leszka Millera (SLD-PSL) przejąłem ponownie, tym razem jako minister pracy i polityki społecznej.

Jestem daleki od twierdzenia, że wszystko w zakresie reformy emerytalnej przeprowadzono jak należy, że nie było błędów czy potknięć. Tym niemniej jest ona przykładem udanej zmiany systemowej, którą konsekwentnie kontynuują kolejne rządy. A to warunek powodzenia w tego rodzaju przedsięwzięciach zaprojektowanych na lata. W tym przypadku nie miotamy od ściany do ściany, a następcy nie zaczynają od zniszczenia lub zablokowania tego co rozpoczęli poprzednicy.

Po raz pierwszy jest jednak inaczej. Oto obecna minister pracy i polityki społecznej Anna Kalata z Samoobrony przedstawiła pomysł ustawy dotyczący sposobu wypłaty świadczeń emerytalnych w II kapitałowym filarze systemu emerytalnego. Chodzi oto do kogo mają trafić nasze indywidualne środki, które gromadzimy w wybranym przez nas funduszu emerytalnym w momencie przejścia na emeryturę, kto ma nimi zarządzać i kto ma wypłacać emeryturę. Propozycja minister z Samoobrony jest tak, aby robił to ZUS.

To jest rozwiązanie generalnie niezgodne z koncepcją reformy, która zakłada, że w II filarze środki ze składek są gromadzone na indywidualnym koncie ubezpieczonego i są jego własnością. Zarządzają tymi środkami wyspecjalizowane firmy prywatne. Każdy obywatel ma prawo wybrać swój fundusz i jeśli nie jest zadowolony z wyników inwestowania jego środków, to może po pewnym okresie zmienić fundusz. Państwo reguluje i nadzoruje ten filar, ale nie wypełnia w nim żadnej roli zarządczej.

Jest więc logiczne, że oczekiwane rozwiązanie jest takie, że świadczenia wypłacać powinny prywatne zakłady ubezpieczeń, które będą według zasad uregulowanych przez państwo i pod jego nadzorem zawierać w tej sprawie umowę z każdym obywatelem, którego rzecz dotyczy. Obywatel ma wybór i firmy będą musiały w przejrzysty sposób go do siebie przekonać. Propozycja minister Kalaty oznacza złamanie tej logiki. Obywatel nie będzie miał żadnego wyboru. Jego środki przejdą pod kontrolę państwa, które będzie tymi środkami zarządzało. Wracamy do punktu wyjścia.

Do dzisiaj ZUS mimo kilkukrotnego przesuwania ustawowego terminu nie zdołał wyliczyć naszego kapitału początkowego. Choć system informatyczny działa znacznie lepiej niż kilka lat temu, to nadal jego istotne moduły nie zostały uruchomione. A zgodnie z ministerialnym pomysłem za kilka lat ZUS miałby dodatkowo zarządzać kilkudziesięcioma miliardami złotych i efektywnie je lokować na rynkach finansowych. To się udać nie może. Skończy się taką klapą jak za sławnego prezesa Alota.

Reforma emerytalna jest zagrożona i trzeba o tym głośno mówić, zanim szkoda się stanie. Mówić to jednak mało. Nie wierzę, że obecne kierownictwo ministerstwa zaproponuje rozsądny projekt. Dlatego niezbędne wydaje się, aby współtwórcy reformy (związani z różnymi ugrupowaniami politycznymi) i środowiska zawodowe oraz społeczne ją popierające zdobyły się na przygotowanie projektu alternatywnego, zgodnego z jej logiką. Bez tego nie da się tej sprawy wygrać i zapobiec szkodnictwu.

2006-12-04 09:10
Ogólne ubezpieczenia, emerytura, zus, reforma Komentarze (10)