O mnie
 
Polityk i ekonomista
 


Najnowsze komentarze
 
2014-03-29 23:07
poliwęglan do wpisu:
Wierząc w cuda
no i blog zakończony
 
2014-02-03 20:59
klimatyzacja do wpisu:
W gospodarce nic nie ginie
podstawa to dobrze wyciągać kasę z maluczkich
 
2014-02-03 20:58
klimatyzacja do wpisu:
Wierząc w cuda
cudów raczej nie będzie
 




 
Rok 2008
 

 
Rok 2007
 

 
Rok 2006
 


 Oceń wpis
   

W życiu publicznym czy w gospodarce rzadko kiedy ruch jest jednostronny. Zazwyczaj działania zorientowane na jakiś cel, są jakoś neutralizowane przez działania przeciwne. 
Tak jest też w przypadku rozwoju regionalnego i regionalizacji. Generalnie Polska się decentralizuje i jest to świadomie wybrany kierunek przeobrażania naszej państwowości, zapisany w Konstytucji. Najważniejsze zmiany systemowe dokonały się w tym zakresie w roku 1991, kiedy utworzone zostały samorządowe gminy (rząd Tadeusza Mazowieckiego) oraz w roku 1999, kiedy utworzono samorządowe powiaty i województwa (rząd Jerzego Buzka). Można oczywiście wskazać zmiany mniejszej wagi jak przykładowo nowa ustawa o dochodach jednostek samorządu terytorialnego z 2003 r. (rząd Leszka Millera).

To pokazuje, że decentralizację państwa deklarowały i popierały zasadniczo wszystkie dotychczasowe rządy. Mimo to Polska jest nadal mocno scentralizowana i wciąż bardzo daleko nam do urzeczywistnienia konstytucyjnej zasady pomocniczości. Przede wszystkim dlatego, że z jednej strony wprowadzano wielkie ustrojowe inicjatywy, a z drugiej, w okresie tych samych rządów, liczne i często mało widoczne, drobne posunięcia rządowej administracji odwracały ustawowe zmiany. Rządowa biurokracja krok po kroku odzyskiwała realną kontrolę i władzę. Powoli, ale skutecznie dokonywała się pełzająca centralizacja.

Teraz jednak mamy do czynienia z nową jakością, która się ujawnia w związku z ustanawianym mechanizmem zarządzania unijnymi funduszami. Formalnie kierunek na decentralizację ma być utrzymany. Będzie 16 regionalnych programów operacyjnych, zamiast jak dotąd jednego zintegrowanego krajowego programu operacyjnego. Każdy samorząd wojewódzki ma mieć swoją pulę środków, którą wykorzysta zgodnie z własną koncepcją.

Kiedy się jednak przypatrzyć temu jakie uprawnienia ma w odniesieniu do regionalnych programów operacyjnych (rpo) rząd i wojewoda, to obraz wygląda inaczej. Praktycznie konstrukcja jest taka - zarząd województwa może wszystko, ale... Ministerstwo Rozwoju Regionalnego (MRR) może wpłynąć na kształt rpo i system jego wdrażania poprzez wydanie wytycznych. MRR ma prowadzić negocjacje z Komisją Europejską, co do kształtu każdego rpo. Dodatkowo narzędziem dyscyplinowania samorządów wojewódzkich będzie nowy model „kontraktu regionalnego”. W każdym posiedzeniu komisji konkursowej przyznającej środki z rpo ma prawo uczestniczyć przedstawiciel wojewody. Wojewoda powołuje Komitet Monitorujący rpo. Wojewoda rozpatruje odwołania od decyzji dotyczącej finansowania złożonych projektów. Wojewoda ma prawo weta wobec decyzji zarządu województwa.

To już nie jest pełzająca centralizacja, to centralizacja postępująca. Obecny rząd jest jawnie procentralistyczny i etatystyczny. Gdy zapytać dlaczego, to najczęściej mówi się, że należy zadbać o to, aby unijnych pieniędzy nie marnowano, że trzeba przeciwstawić się naciskowi grup interesu, że nie może być tak, że na granicach dwóch sąsiadujących województw krajowa droga ekspresowa się nie schodzi. Pomieszanie z poplątaniem. Nikt nie proponował i nie proponuje zdecentralizowania decyzji o przebiegu autostrad i dróg ekspresowych. To nieudolność administracji rządowej prowadzi do takich kuriozalnych zaniedbań. Administracja rządowa „marnuje” środki unijne równie skutecznie jak samorządowa. Czy trzeba przypomnieć osiągnięcia ministra Ryszarda Czarneckiego, obecnie głośnego samokandydata na stanowisko prezesa PZPN. Najważniejsze jednak, że za działaniami administracji rządowej kryją się zawsze grupy interesów, tyle że trochę inne niż te regionalne. Są to interesy związane z różnymi sektorami, w których dominuje własność publiczna – górnictwo, energetyka, przemysł stoczniowy itd. Lista jest długa. Jak już mam bać się wpływów grup interesu, to już wolę te mniejsze regionalne – powiatowe i gminne, niż te wielkie – krajowe. Te pierwsze można okiełznać, na tych drugich łamią sobie zęby kolejni ministrowie i rządy. Biednego ministra Poncyljusza nie wzięto nawet na negocjacje z górnikami, taki „brzydki”.                 

2007-01-29 08:46
Ogólne Komentarze (11)
 Oceń wpis
   

Początek 2007 r. Wkrótce strajk ostrzegawczy w górnictwie i zapowiedź zablokowania wywozu węgla ze Śląska. To scenariusz zimowy. A wiosną? Można się spodziewać, że górnicy znów ruszą do Warszawy. To reakcja na kolejną rządową strategię restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego. Można by powiedzieć, że nic nowego. Stały fragment gry. Czy jednak?

W latach 2004 i 2005 odnotowano znaczącą poprawę sytuacji finansowej górnictwa: wpływy do budżetu centralnego przewyższyły wszystkie formy udzielanej pomocy w 2004 r. o 2,5 mld zł, a w I półroczu 2005 o 1,4 mld zł. To zasadniczo efekt dwóch czynników: korzystnej koniunktury w świecie i wysokiej ceny węgla (szczególnie koksującego) oraz restrukturyzacji zadłużenia (umorzenie zobowiązań rzędu 18 mld zł), której efektem było zakończenie lawinowego narastania kosztów z tytułu odsetek od zobowiązań oraz dokapitalizowania Kompanii Węgłowej. W pewnym, choć wyraźnie w mniejszym stopniu, wpłynęła na to także realizacja kilku przedsięwzięć proefektywnościowych, w tym uporządkowanie sprzedaży węgla.

Dzięki temu górnictwo stanęło na nogi. Z góry było jednak wiadomo, że bez twardego trzymania kosztów, w tym wynagrodzeń, bez dyscypliny finansowej, bez perspektywy prywatyzacji, to co dobre się skończy wraz z koniunkturą, która przecież nie potrwa wiecznie. Zdecydowanie o tym mówiłem i w Sejmie, i na Śląsku. Wskazywałem na prawnie niedopuszczalne formy działania związków zawodowych, które blokują wprowadzenie niezbędnych rozwiązań. Między innymi gorącym tematem była kwestia zbiorowego układu pracy w Kompanii Węglowej, największej spółce sektora. Jej utworzenie z końcem 2002 r. i włączenie do niej kopalń z różnych spółek górniczych oznaczało, że po roku powinny przestać obowiązywać umowy pracownicze wynikające z dotychczasowych kopalnianych układów zbiorowych. Tak się nie stało. Na przeszkodzie stanęły związki zawodowe, które nie były gotowe do żadnego porozumienia z zarządem Kompanii, poza przyjęciem, że w całej firmie ma obowiązywać najkorzystniejszy dla pracowników układ.

Gdy starałem się podejmować zdecydowane działania i przestrzegałem, że bez nich zmarnujemy okres dobrej koniunktury i stracimy szanse uzdrowienia górnictwa, byłem bezwzględnie atakowany przez posłów opozycji, w tym kolegów posła Pawła Poncyljusza i przez niego samego.

Uważam obecne działania ministra Poncyljusza za merytorycznie słuszne i konieczne. To człowiek odważny. Staję zdecydowanie po jego stronie. To co proponuje trzeba robić. Nie wróżę mu jednak sukcesu. Przypominam bowiem sobie jak się zachowywali posłowie PiS, Samoobrony i LPR, gdy górnicy styliskami pod Sejmem wywalczyli sobie uprawnienia emerytalne. Pamiętam jak zaraz po utworzeniu rządu Kazimierza Marcinkiewicza dokonano gruntownej czystki kadry kierowniczej w górnictwie (sławetny desant z Gorzowa), mimo, że osoby przez mnie obsadzone nie były politycznymi nominatami, za co byłem systematycznie łajany przez „kolegów” z SLD. Do głowy przychodzi mi zaraz historia dzielnego dyrektora kopalni „Budryk”, który przeciwstawił się związkowej kaście i musiał odejść, nie broniony przez rząd. I tak dalej.

Przez blisko półtora roku zamiast kontynuować to, co zostało zaczęte i podejmować trudne problemy zajmowano się politycznymi rozgrywkami. W 2006 r. Kompania Węglowa miała wysoką stratę. Naocznie widać rozkład systemu zarządzania, który się dokonał w tak krótkim czasie. Działacze związkowi już wiedzą, że przychodzi czas próby, kiedy należy pokazać kto tu rządzi, i przypomnieć politykom, że trzeba będzie kolejnych dotacji. A wytrenowana w politycznych roszadach kadra jeszcze ich w tym upewni i dostarczy autobusów na wycieczkę do Warszawy.     
  
PS.
Doszło do mnie, że Tadeusz Cymański, poseł wagi lekko-kabaretowej targał mnie, namiętnie powtarzając inwektywę „hausnerczyza”. Panu posłowi rzeczy się pomieszały. W odróżnieniu od jego ugrupowania, ja podatki obniżałem, w tym akcyzę na benzynę. Panu posła proszę, aby się już nie zaczynał, bo wyjdzie mu kolejna „filipinka”.


 

2007-01-22 09:22
Ogólne Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Dwa razy w roku akademickim kierowana przeze mnie Katedra Gospodarki i Administracji Publicznej (GAP) Akademii Ekonomicznej w Krakowie organizuje dla naszych studentów wyjazdowe sympozja, które stanowią doskonałą okazję do wszechstronnego przedyskutowania ważkich zagadnień. W ostatni weekend w Ustroniu rozmawialiśmy między innymi o Bliskim Wschodzie i bezpieczeństwie energetycznym. Swoje opinie na ten temat przedstawili tacy znakomici eksperci jak: Andrzej Lubowski, Zygmunt Berdychowski, Igor Chalupec, gen. Mieczysław Bieniek, Michał Rutkowski oraz Marek Belka. Przysłuchując się interesującej debacie starałem się sformułować kilka zasadniczych jej konkluzji.

Bezpieczeństwo energetyczne to bezpieczeństwo międzynarodowe. Żaden kraj, nawet USA, nie jest w stanie zapewnić sobie tego w pojedynkę. Tym bardziej dotyczy to krajów słabszych. Bezpieczeństwo energetyczne Polski na dłuższą metę będzie funkcją naszej pozycji w Unii Europejskiej i skuteczności jej dialogu z Rosją. Z tego punktu widzenia sprawy mają się nie najlepiej. Temat podnosimy, ale niewiele osiągamy.

Bezpieczeństwo energetyczne jest ścisłym związkiem rynku i polityki. Ważne i jedno, i drugie – jaki rynek i jaka polityka? W Polsce dyskutujemy głównie o tym drugim aspekcie i przede wszystkim w kontekście mocarstwowych ambicji Rosji. Naszym politycznym myśleniem kieruje lęk przed zamkniętymi przez Rosję kurkami z ropą i gazem. Rosja będąc głównym europejskim dostawcą tych paliw będzie to wykorzystywać do realizacji swoich politycznych ambicji i wywierania nacisku. Wszak trudno powiedzieć, gdzie się kończy Gazprom, a gdzie się zaczyna Rosja. Tyle, że aby naciskać, trzeba sprzedawać. Rosja musi sprzedawać ropę i gaz, bo bez tego jej gospodarka się załamie. Groźba zakręcenia kurków, jest stosowana po to, aby korzystniej sprzedać lub wymusić dostęp do cudzych rurociągów i firm przetwórczych, a nie po to, aby odciąć dostawy w ogóle. Rosja na razie nie ma efektywnej możliwości przeniesienia swego eksportu paliw poza Europę. To się pojawi za jakiś czas, gdyż Rosja buduje trzy nowe linie przesyłowe ropy naftowej, w tym przede wszystkim w kierunku Chin i Indii. Motywacja Niemców czy Brytyjczyków popierających gazociąg na dnie Bałtyku wynika między innymi z tego, aby zapewnić, że rosyjski gaz przesyłany będzie do Europy Zachodniej a nie gdzie indziej. 

Polska bez większych problemów mogłaby otrzymać potrzebną nam ropę spoza Rosji. Tyle, że byłaby to ropa wyraźnie droższa. A to zagrażałoby naszemu bezpieczeństwu od strony ekonomicznej. Poważniejsza sytuacja dotyczy gazu, gdyż nie ma w tej chwili znaczących alternatywnych źródeł dostaw. Generalnie jednak, również ze względu na własny węgiel, jesteśmy znacznie bardziej samowystarczalni energetycznie niż kraje Europy Zachodniej i niż się potocznie sądzi. Bezpieczeństwo energetyczne Polski zasadniczo jest problemem przyszłościowym i strategicznym, a nie doraźnym.

Rozwiązywanie tego problemu wymaga krajowego ośrodka strategicznego myślenia, którego praktycznie nie ma. Stąd nie jesteśmy dobrze przygotowani do tej trudnej strategicznej gry ekonomiczno-politycznej, którą jest bezpieczeństwo energetyczne. Nasza polityka jest przez to bardziej polityką lęku niż kalkulacji. Lęki są przy tym wzmacniane przez kilka energetycznych lobby (węglowe, naftowe, energoelektryczne, gazowe), które tym łatwiej uzyskują korzystne dla siebie rozwiązania i decyzje polityków i urzędników. W rezultacie niektóre aspekty bezpieczeństwa energetycznego, jak np. ekologiczny, są skutecznie spychane na margines. I to się już wkrótce przeciwko nam obróci. 

Energetyczni lobbyści często mówią, że bezpieczeństwo kosztuje. Ekonomiści i politycy powinni jednak pytać – kogo? ile?, za co?. A przede wszystkim zastanowić się czy to co się lobbystycznie wymusza, tworzy rzeczywiste bezpieczeństwo, a nie jest tylko sektorową i stronniczą perspektywą. 

2007-01-15 09:53
Ogólne Komentarze (18)
 Oceń wpis
   

Przeglądając swoje archiwum natknąłem się na opracowanie grupy ekspertów pod kierownictwem prof. Zbigniewa Religi, przygotowane w 2004 r. We wstępie autorzy, określiwszy się jako grupa niezależnych ekspertów, stwierdzili, że: „Prezentujemy różne sympatie polityczne, ale łączy nas jedno – chęć uporządkowania systemu opieki zdrowotnej w Polsce zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Działamy w trosce o zdrowie naszych obywateli, a nie w imię interesów jakiejkolwiek partii politycznej, ugrupowania czy biznesu”.

 

Rzeczowa analiza przedstawionych propozycji prowadzi do wniosku, że wszystkie (z wyłączeniem jednego – wdrożyć monitorowanie ordynacji lekarskiej oraz jakości udzielanych świadczeń) prowadzą do zwiększenia nakładów, natomiast żadna wprost nie odnosi się do kwestii kosztów i efektywności świadczeń medycznych.        

 

W Polsce od wielu lat toczy się spór o kierunek zmian systemu opieki zdrowotnej. Póki co jest on nierozstrzygalny również dlatego, że środowiska medyczne i ekonomiczne dzieli spojrzenie na źródła kryzysu oraz tryb postępowania naprawczego. Eksperci medyczni nacisk kładą na kwestię zasilania finansowego systemu. Dla nich w systemie jest za mało środków, w stosunku do przyjętego standardu świadczeń medycznych objętych obowiązkowym ubezpieczeniem, a z tego wynika permanentny deficyt.

 

Natomiast ekonomiści podkreślają, że takie rozumowanie abstrahuje od kwestii bodźców i kosztów, co oznacza, że nigdy żadne finansowanie nie okaże się wystarczające. Dlatego punktem wyjścia musi być kwestia efektywności i restrukturyzacji zakładów opieki zdrowotnej. Wtedy ma sens rozważanie projekcji finansowej i zastanawianie się nad źródłem pokrycia ewentualnego deficytu, a także mechanizmem finansowym, który zapewni płynność i samofinansowanie systemu w długim okresie. Wybór społeczny i polityczny powinien rozstrzygać, które z dodatkowych możliwych źródeł finansowania powinno zostać uruchomione (współpłacenie przez pacjentów, dobrowolne doubezpieczenie, podwyższenie obowiązkowej składki, wyższe podatki i nakłady budżetowe, rynek itp.).

 

Jedna z propozycji „grupy prof. Religi” jest zdecydowanie popierana przez ekonomistów - wprowadzenie dobrowolnych ubezpieczeń dodatkowych. Tworzenie prywatnego filara ubezpieczeń zdrowotnych ma na celu przede wszystkim wykreowanie mechanizmu presji ubezpieczycieli i ubezpieczonych na funkcjonowanie zakładów opieki zdrowotnej. Presja ta jest warunkiem poprawy zarządzania, podniesienia standardu wykonywania świadczeń medycznych oraz eliminowania patologii, w tym łapówkarstwa.

 

Za szybkim wprowadzeniem w Polsce dodatkowego ubezpieczenia przemawia także żywiołowe rozwijanie się prywatnego systemu abonamentowego, poprzez który zagraniczne firmy przechwytują bogatych klientów, zapewniając im uprzywilejowany dostęp do świadczeń oferowanych także w systemie publicznym. Przy czym opłaty abonamentowe, nie mając charakteru składki ubezpieczeniowej, są uznawane za koszt uzyskania przychodu, co pozwala uniknąć opodatkowania.

 

Profesor Religa od kilkunastu miesięcy jest ministrem zdrowia i nie widać żadnej jego determinacji we wprowadzaniu dodatkowego ubezpieczenia. Przeciwnie, dyrektor departamentu, który opracował i przedstawił publicznie taką koncepcję (skąinąd bardzo ostrożną, by nie powiedzieć zachowawczą) stracił swoje stanowisko.

 

Może wyjaśnienie tkwi w tym, że inne cele „planu Religi” udaje się realizować i środków na opiekę zdrowotną jest coraz więcej. Również, bo wysoki wzrost gospodarczy prowadzi do wyraźnego wzrostu wpływów ze składki obowiązkowego ubezpieczenia zdrowotnego. W 2006 r. były one o 1/3 większe niż w 1999 r., kiedy to ubezpieczenie wprowadzono.

 

Teraz możemy sobie zdrowo pogadać o „monitorowaniu ordynacji i jakości”.

2007-01-08 09:08
Ogólne Komentarze (13)