O mnie
 
Polityk i ekonomista
 


Najnowsze komentarze
 
2014-03-29 23:07
poliwęglan do wpisu:
Wierząc w cuda
no i blog zakończony
 
2014-02-03 20:59
klimatyzacja do wpisu:
W gospodarce nic nie ginie
podstawa to dobrze wyciągać kasę z maluczkich
 
2014-02-03 20:58
klimatyzacja do wpisu:
Wierząc w cuda
cudów raczej nie będzie
 




 
Rok 2008
 

 
Rok 2007
 

 
Rok 2006
 


 Oceń wpis
   

Protesty związków zawodowych nikogo w Polsce nie dziwią. Jeżeli jednak związkowcy, na czele z tymi z „Solidarności”, protestują domagając się prywatyzacji ich przedsiębiorstwa, to jest to zaskakujące. Tym bardziej jeśli nie liczą na to, że mogą otrzymać z tego tytułu znaczące udziały prywatyzacyjne jak ich koledzy w PGNiG czy w energetyce, bo ich firma jest mocno zadłużona.

 

Związkowcami ze Stoczni Gdynia kieruje przekonanie, ba pewność, że jeśli nie zostanie ona sprywatyzowana, to upadnie i zostanie zlikwidowana, a wtedy jej pracownicy stracą miejsca pracy. Od kilku lat wiadomo, że praktycznie jedyną drogą dla uratowania polskich stoczni jest ich konsolidacja, restrukturyzacja i prywatyzacja. Taki projekt został opracowany i przygotowany do wdrożenia w połowie 2005 r.

 

Konsolidacja miała polegać na skupieniu wokół Agencji Rozwoju Przemysłu grupy kapitałowej pod nazwą Korporacja Polskie Stocznie S.A., w skład której weszłyby Stocznia Szczecińska Nowa oraz Stocznia Gdynia (która wcześniej przejęła kontrolę nad Stocznią Gdańską) oraz inne mniejsze podmioty z branży. Przejęcie wiodącej roli przez ARP miałoby zapewnić minimalizację potrzeb w zakresie pomocy publicznej, bowiem jej wiarygodność przyczyniłaby się do odblokowania bankowego finansowania sektora. Przewidywano emisję instrumentów dłużnych na szczeblu ARP (KPS) i następnie wykorzystanie pozyskanych środków do finansowania rentownych projektów, realizowanych przez stocznie produkcyjne, przy udziale ich kooperantów. Zakładano jednocześnie przeprowadzenie kompleksowej restrukturyzacji organizacyjnej i finansowej podmiotów zależnych.

Ten projekt zakładał uruchomienie znaczącej pomocy publicznej, która zyskałaby akceptację Komisji Europejskiej tylko wówczas, gdyby całe przedsięwzięcie przeszło „test prywatnego inwestora”, co w praktyce oznacza, że jego celem byłaby prywatyzacja i działalność gospodarcza na rynkowych zasadach. 

 

Rząd PiS zrezygnował z tego projektu i zajął się głównie rozdzielaniem Stoczni Gdynia i Stoczni Gdańsk. Zrobiono to, ponieważ szukający w wyborach prezydenckich głosów Lech Kaczyński obiecał, że Stocznia Gdańska będzie samodzielnym podmiotem. Tu nie tyle chodziło o politykę historyczną (Stocznia Gdańsk jako kolebka), ile o politykę elektoralną – poparcie ze strony Radia Maryja i po części NSZZ Solidarność. Aby przeprowadzić operację rozdzielenia najpierw powymieniano kadrę kierowniczą w obu stoczniach oraz ARP. W oczekiwaniu na to trwał przez wiele miesięcy stan tymczasowości.

 

Teraz sytuacja stała się dramatyczna. Problemem jest zorganizowanie gotówki na wypłatę wynagrodzenia pracowników. A jednocześnie wszyscy się ze wszystkimi kłócą i wzajemnie publicznie oskarżają (także o sprawy prokuratorskie), mimo, że należą do jednego politycznego układu.

 

Pomieszanie biznesu z partyjną polityką nie służy ani biznesowi, ani polityce. Szkoda tylko, że się o tym mówi, sprawiając wrażenie, że się o tym wie, a faktycznie mówi się o czymś, czego się nie rozumie i nie respektuje. Poprzez konsolidację, restrukturyzację i prywatyzację udało się uratować huty. Może znakomitemu prezydentowi Gdyni, uda się wyjaśnić prezydentowi RP, którego jest doradcą, że dla stoczni nie ma innej drogi. Martwić się jednak należy nie tylko o to czy to możliwe, ale także o to czy nie jest za późno.      

  

  

Najistotniejszym chyba elementem, spośród działań mających przyczynić się do uzdrowienia branży stoczniowej byłą konsolidacja stoczni produkcyjnych. Poprzez konsolidację miały zostać osiągnięte następujące cele:

  • zapewnienie stabilności funkcjonowania stoczni produkcyjnych w drodze poprawy
    efektywności ich funkcjonowania;
  • stworzenie spójnej i efektywnej organizacji, zdolnej do konkurowania na rynkach
    światowych w zakresie budowy statków i działalności komplementarnej;
  • efektywniejsze wykorzystanie krajowego zaplecza naukowo-badawczego, celem unowocześnienia i rozwoju branży,
  • przebudowa systemu zarządzania grupą kapitałową oraz stworzenie nowego układu
    kooperacyjnego, zdolnego do elastycznego reagowania na wahania koniunkturalne w
    sektorze stoczniowym;
  • stopniowa prywatyzacja całej branży.
2006-12-18 09:35
Ogólne Komentarze (7)
 Oceń wpis
   

Zreformowanie KRUS (Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego) nie jest sprawą łatwą, zważywszy na liczebność ludności wiejskiej oraz wagę jej reprezentacji politycznej w parlamencie. Zasadniczo są dwie strategie postępowania. Pierwsza polegałaby na pozostawieniu w dłuższym okresie odrębnego systemu rolniczego, przy dokonaniu w nim zasadniczej zmiany, oznaczającej ogólnie przejście od modelu zabezpieczeniowego do modelu ubezpieczeniowego, co w szczególności pociąga za sobą niezbędność zróżnicowania składki i odpowiednio wysokości świadczenia. Druga strategia zakłada, że KRUS stałby się specyficznym i stopniowo zanikającym systemem pomocy społecznej dla tych rolników, którzy z powodu zbyt niskich dochodów nie mogą uczestniczyć w systemie ubezpieczeniowym. Natomiast pozostali rolnicy zostaliby włączeni do powszechnego systemu emerytalnego.

Ta druga koncepcja jest niewątpliwie radykalniejsza, wątpliwe jednak czy w naszych uwarunkowaniach społeczno-politycznych możliwa do przeprowadzenia. Szanse powodzenia ma koncepcja pierwsza, o ile udałoby się utworzyć stabilną większość parlamentarną bez udziału partii chłopskich (PSL, Samoobrona). Przy czym niewątpliwie reformowanie rolniczego systemu emerytalnego będzie łatwiejsze, jeżeli zostanie powiązane z objęciem ludności rolniczej ogólnym systemem podatkowym. Doskonałym momentem przeprowadzenia tego było wejście do Unii Europejskiej i uzyskanie przez rolników dopłat bezpośrednich. Niestety takiej inicjatywy nie podjął ani rząd AWS-UW, ani rząd SLD-UP-PSL. I ten dogodny moment minął.

Sam dwukrotnie podchodziłem do reformy KRUS. W 1997 r. będąc pełnomocnikiem rządu ds. reformy zabezpieczenia społecznego przedstawiłem ogólne założenia reformowania segmentu rolniczego, ale cały wysiłek został położony wówczas na segmencie pracowniczym (ZUS). Wynikało to z czysto politycznych kalkulacji. Szczególnie w roku wyborczym rząd SLD-PSL nie był w stanie wyjść z inicjatywą reformy KRUS. Gdybym się przy tym upierał, zapewne zablokowana byłaby reforma systemu pracowniczego. Ponownie zająłem się sprawą w 2003 r. Wtedy opracowana została szczegółowa propozycja reformy. Zakładała ona między innymi: powiązanie wysokości składek z dochodem rolniczym oraz przywiązanie dopłat do składek a nie do świadczeń, stworzenie możliwości dobrowolnego ubezpieczenia się w instytucjach kapitałowych.

Propozycje te oznaczają, że opowiadam się za utrzymaniem KRUS oraz wykluczam aktualnie możliwość jego samofinansowania. Uznaję natomiast za możliwe znaczące ograniczenie jego subsydiowania. Także w następstwie uporządkowania i sanacji systemu oraz eliminacji nadużyć.

Trzeba mieć świadomość, że nawet takiej umiarkowanej reformie przeciwne są reprezentacje ludności wiejskiej, zwłaszcza działacze rolniczych związków zawodowych. To oni panoszyli i panoszą się w KRUS, traktując tę instytucję dosłownie jako „swoją” kasę. Dlatego wątpliwe, aby tę reformę udało się przeprowadzić ministrowi rolnictwa. Zabiegałem o to długo, aby odpowiedzialność za KRUS przenieść na ministra polityki społecznej. Udało się to, ale obecny rząd, w ramach koalicyjnych targów, tę ustawową zmianę cofnął. Teraz akurat i tak nie miałoby to praktycznego znaczenia, bo tu i tu Samoobrona.

2006-12-11 09:59
Ogólne ekonomia, polityka, ue, praca Komentarze (10)
 Oceń wpis
   

Reforma emerytalna w odróżnieniu od wielu systemowych reform, które przeprowadzono w drugiej połowie lat 90., jak dotąd zasadniczo nie była politycznie kontestowana i korygowana. Oczywiście wyrażano wobec niej także opinie krytyczne i proponowano takie rozwiązania modyfikujące, które oznaczałyby odwrót. Jednakże jak dotąd żaden rząd i żaden minister takich rozwiązań nie poparł i z nimi nie wystąpił. Kolejne, politycznie odmienne rządy kontynuowały z większą lub mniejszą determinacją ten sam projekt.

Przygotowanie koncepcji reformy emerytalnej nastąpiło w okresie, gdy ministrem pracy i polityki społecznej był Andrzej Bączkowski, człowiek Solidarności w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza (SLD-PSL). Po nagłej śmierci Andrzeja (minęło właśnie 10 lat), ja odpowiadałem za rozpoczęcie jego wdrożenia – jako pełnomocnik rządu. Wtedy też udało się stworzyć szerokie porozumienie wokół projektu reformy i uchwalić pierwsze ustawy, w tym o funduszach emerytalnych, które poparła niemal cała ówczesna opozycja parlamentarna. W rządzie Jerzego Buzka (AWS-UW) rolę pełnomocnika rządu przejęła Ewa Lewicka, ekspert Solidarności. Wtedy reforma została całościowa uruchomiona, zgodnie z pierwotnym projektem. Pałeczkę w tej sztafecie w rządzie Leszka Millera (SLD-PSL) przejąłem ponownie, tym razem jako minister pracy i polityki społecznej.

Jestem daleki od twierdzenia, że wszystko w zakresie reformy emerytalnej przeprowadzono jak należy, że nie było błędów czy potknięć. Tym niemniej jest ona przykładem udanej zmiany systemowej, którą konsekwentnie kontynuują kolejne rządy. A to warunek powodzenia w tego rodzaju przedsięwzięciach zaprojektowanych na lata. W tym przypadku nie miotamy od ściany do ściany, a następcy nie zaczynają od zniszczenia lub zablokowania tego co rozpoczęli poprzednicy.

Po raz pierwszy jest jednak inaczej. Oto obecna minister pracy i polityki społecznej Anna Kalata z Samoobrony przedstawiła pomysł ustawy dotyczący sposobu wypłaty świadczeń emerytalnych w II kapitałowym filarze systemu emerytalnego. Chodzi oto do kogo mają trafić nasze indywidualne środki, które gromadzimy w wybranym przez nas funduszu emerytalnym w momencie przejścia na emeryturę, kto ma nimi zarządzać i kto ma wypłacać emeryturę. Propozycja minister z Samoobrony jest tak, aby robił to ZUS.

To jest rozwiązanie generalnie niezgodne z koncepcją reformy, która zakłada, że w II filarze środki ze składek są gromadzone na indywidualnym koncie ubezpieczonego i są jego własnością. Zarządzają tymi środkami wyspecjalizowane firmy prywatne. Każdy obywatel ma prawo wybrać swój fundusz i jeśli nie jest zadowolony z wyników inwestowania jego środków, to może po pewnym okresie zmienić fundusz. Państwo reguluje i nadzoruje ten filar, ale nie wypełnia w nim żadnej roli zarządczej.

Jest więc logiczne, że oczekiwane rozwiązanie jest takie, że świadczenia wypłacać powinny prywatne zakłady ubezpieczeń, które będą według zasad uregulowanych przez państwo i pod jego nadzorem zawierać w tej sprawie umowę z każdym obywatelem, którego rzecz dotyczy. Obywatel ma wybór i firmy będą musiały w przejrzysty sposób go do siebie przekonać. Propozycja minister Kalaty oznacza złamanie tej logiki. Obywatel nie będzie miał żadnego wyboru. Jego środki przejdą pod kontrolę państwa, które będzie tymi środkami zarządzało. Wracamy do punktu wyjścia.

Do dzisiaj ZUS mimo kilkukrotnego przesuwania ustawowego terminu nie zdołał wyliczyć naszego kapitału początkowego. Choć system informatyczny działa znacznie lepiej niż kilka lat temu, to nadal jego istotne moduły nie zostały uruchomione. A zgodnie z ministerialnym pomysłem za kilka lat ZUS miałby dodatkowo zarządzać kilkudziesięcioma miliardami złotych i efektywnie je lokować na rynkach finansowych. To się udać nie może. Skończy się taką klapą jak za sławnego prezesa Alota.

Reforma emerytalna jest zagrożona i trzeba o tym głośno mówić, zanim szkoda się stanie. Mówić to jednak mało. Nie wierzę, że obecne kierownictwo ministerstwa zaproponuje rozsądny projekt. Dlatego niezbędne wydaje się, aby współtwórcy reformy (związani z różnymi ugrupowaniami politycznymi) i środowiska zawodowe oraz społeczne ją popierające zdobyły się na przygotowanie projektu alternatywnego, zgodnego z jej logiką. Bez tego nie da się tej sprawy wygrać i zapobiec szkodnictwu.

2006-12-04 09:10
Ogólne ubezpieczenia, emerytura, zus, reforma Komentarze (10)
 Oceń wpis
   

Powszechnie przyjmuje się, że jeżeli ktoś nie ma pracy lub traci pracę, to przecież musi z czegoś żyć, czyli państwo musi takiej osobie zapewnić jakieś środki – ogólnie zasiłek. Takie nastawienie wymusza socjalną orientację w polityce państwa. Skoro państwo nie może wszystkim zagwarantować pracy, to jest zobowiązane zapewnić tym, którzy jej nie mają niezbędną pomoc. W tym rozumowaniu pomija się całkowicie przyczyny utraty pracy czy braku aktywności zawodowej, hurtem rozgrzesza się każdego, kto sobie nie radzi na rynku pracy. Pomoc społeczna ma być zapewniona każdej jednostce niezależnie od jej zachowania i okoliczności, w istocie bezwarunkowo.

Taka sytuacja rodzi dwie bliźniacze konsekwencje społeczne:

  • ukierunkowuje aktywność państwa nie na wspomaganie aktywizacji zawodowej, lecz na udzielanie pomocy społecznej tym, którzy aktywni zawodowo nie są,
  • ukierunkowuje aktywność wielu jednostek nie na dążenie do utrzymania się na rynku pracy, lecz na uzyskanie zabezpieczenia.

To działanie tych dwóch wzmacniających się tendencji powoduje, że w Polsce wskaźnik zatrudnienia jest wyraźnie niższy niż w krajach, które mają porównywalne z naszymi warunki rozwoju, a równocześnie udział wydatków państwa na wydatki socjalne jest wyższy. W liczebnym segmencie społeczeństwa wykształciła się postawa zabiegania w pierwszej kolejności o zasiłek, różne formy zabezpieczania, a później zabiegania dodatkowo o pracę, także dorywczą i w szarej strefie. Szacunki wskazują, że dotyczy to co najmniej 1/3 osób zarejestrowanych w urzędach pracy, czyli ponad miliona osób. Można mówić o ogarniającej niektóre społeczności lokalne swoistej „kulturze bezrobocia”, w której trwałe zatrudnienie nie jest rozwiązaniem pierwszoplanowym, lecz marginalnym. W takich społecznościach wysokie rejestrowane bezrobocie staje się stanem trwałym i w jakimś stopniu pożądanym.

Przez lata dowodziłem, że trzeba uciec od orientacji na działania osłonowe i dezaktywizujące, i przestawić politykę na kierunek – aktywizacja, przedsiębiorczość, wzrost. Dążyłem do tego, aby zdecydowanie odejść od polityki wyprowadzania ludzi z rynku pracy na rzecz polityki aktywizacji zawodowej i promocji zatrudnienia.

Teraz znacznie wyraźniej widać, że naszym problemem było i jest nie tyle bezrobocie, ile niska aktywność zawodowa i strukturalna nierównowaga na rynku pracy. Co miesiąc GUS informuje, że choć stopa bezrobocia wyraźnie spada, to jednak nadal sięga 15%. Jednocześnie coraz głośniejsze jest wołanie pracodawców, że brakuje rąk do pracy, także tej nie wymagającej kwalifikacji. Ulica sądzi, że jest tak dlatego, że masę ludzi wyjechało do Europy. No, ale w takim razie skąd w urzędach pracy dwa miliony trzysta tysięcy bezrobotnych.

To pokazuje dobitnie skalę deformacji rynku pracy w Polsce spowodowaną przez wieloletnie prowadzenie polityki osłon socjalnych i dezaktywizacji zawodowej. Taka polityka doprowadziła do trwałej strukturalnej nierównowagi na rynku pracy i odwrócenie tego choć bardzo trudne jest możliwe. To wymaga jednak ograniczenia i racjonalizacji wydatków socjalnych. Jeśli tego konsekwentnie nie zrobimy, to będziemy „eksportować” najzdolniejszą część wyżu demograficznego, czyli nasz kapitał ludzki, zamiast importować kapitał finansowy, który pomógłby zagospodarować tu w kraju nasz najcenniejszy zasób.

2006-11-27 09:48
Ogólne bezrobocie, praca, działalność, biznes Komentarze (14)
 Oceń wpis
   

W minionym tygodniu Komisja Europejska po raz kolejny wypomniała nam, że polski rząd nie podejmuje wystarczających działań, aby obniżyć nadmierny deficyt budżetowy i przygotować wejście do Unii Gospodarczej i Walutowej, do czego zobowiązaliśmy się w Traktacie Akcesyjnym. Na pytanie o datę wejścia do Polski do „strefy euro” przedstawiciele ministerstwa finansów odpowiadają, że zostanie ona ustalona dopiero po spełnieniu przez nas wszystkich kryteriów konwergencji nominalnej. To błędne rozumowanie. W moim przekonaniu jeśli nie przyjmiemy jakiejś względnie bliskiej daty wprowadzenia euro, to nie wykonamy działań niezbędnych dla spełnienia kryteriów.

To nie oznacza, że przyjmując taką datę, teraz właśnie podejmujemy decyzję o wejściu Polski do „strefy euro”. Podejmujemy jedynie działania, które mają to umożliwić. Teraz podjęte i skutecznie przeprowadzone działania umożliwią w perspektywie kilku lat podjęcie właściwej decyzji. Sens takiego podejścia tkwi w tym, że działania zorientowane na euro należy podjąć nawet gdybyśmy nie zamierzali do strefy euro wchodzić. Leżą one w interesie naszej gospodarki jako gospodarki otwartej na globalizujące się rynki. Tak przecież postępuje się w starych krajach członkowskich, które do „strefy euro” nie weszły. Ich rządy, np. szwedzki, dbają, aby gospodarki trwale spełniały kryteria konwergencji nominalnej.

Unia Gospodarcza i Walutowa powinna stać się jednym z istotnych punktów orientacyjnych programu gospodarczego rządu, co ułatwi przeprowadzenie trudnych, ale niezbędnych przedsięwzięć w obszarze finansów publicznych oraz zmian strukturalnych. Przyjęcie takiej orientacji ułatwi zarazem zdefiniowanie strategii wobec integracji europejskiej. Zmierzając do „strefy euro”, Polska aspiruje do współdecydowania o kierunkach rozwoju Unii Europejskiej, staje się poważnym europejskim graczem. Takie podejście potwierdzi się jednak tylko wówczas, gdy rząd przyjmie konkretny plan wprowadzenia euro i wykaże determinację w jego wprowadzaniu.

Taki szczegółowy plan jest niezbędny, gdyż wchodzenie do „strefy euro” wiąże się w okresie przejściowym (ERM-2) z poważnym ryzykiem gospodarczym. Niezbędne usztywnienie kursu może prowadzić do niebezpiecznego ataku spekulacyjnego na złotego. Osłabienie tej groźby jest możliwe poprzez maksymalnie skrócenie okresu pozostawania złotego w wyznaczonym paśmie wahania kursu oraz poprzedzenie wprowadzenia mechanizmu ERM-2 niezbędnymi działaniami wewnętrznymi.

Przyjęcie „strefy euro” za punkt orientacyjny polityki gospodarczej nie oznacza, że należy się gwałtownie spieszyć z wprowadzaniem euro, lecz, że należy do tego konsekwentnie zmierzać poprzez zdecydowaną realizację jasnego o precyzyjnego planu. Bez takiego planu polityka gospodarcza będzie jak jest chaotyczna.

Inną kwestią jest to jak powinna funkcjonować sama Unia Gospodarcza i Walutowa oraz jaką wspólną strategię rozwoju powinny realizować kraje członkowskie UE. Wydaje się, że zarówno sama jej konstrukcja jak i reguły jej praktycznego funkcjonowania wymagają dyskusji, przemyślenia, a być może i - choćby częściowej - rewizji. Jeśli jednak zaniechamy wejścia do „strefy euro” nie będziemy mieli na to żadnego wpływu.

2006-11-20 09:31
Ogólne polityka, gospodarka, ue, euro Komentarze (8)
 Oceń wpis
   

Kilkanaście dni temu uczestniczyłem w dorocznym spotkaniu Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan”. Przez kilka godzin przysłuchiwałem się dyskusji o zagadnieniach, które nurtują przedsiębiorców. Ogólny nastrój był niezły. Na ogół podkreślano, że kondycja polskiej gospodarki jest dobra, a rządzący, choć nic dla gospodarki nie robią, to przecież nie szkodzą i z tego trzeba się cieszyć.

 

Słuchając jednak poszczególnych wypowiedzi zaczynałem dostrzegać rozdźwięk między oceną ogólną a konkretami. Wszak mówiono, że oczekiwana jest nowelizacja ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, bo obecne przepisy, blokują inwestowanie i nie ruszy budownictwo mieszkaniowe. Niestety rząd nie przygotował odpowiedniego projektu. Z kolei podkreślano, że niebezpieczeństwo dla inwestycji wiąże się z ustawą odnoszącą się do wielkopowierzchniowych obiektów handlowych, że projektowane przepisy mogą prowadzić do naruszania konstytucyjnej zasady równego traktowania podmiotów gospodarczych. Inne osoby sygnalizowały, że ministerstwo gospodarki nic nie zrobiło, aby od 1 stycznia 2007 – jak jest to zapisane w ustawie o swobodzie działalności gospodarczej – można było w jednym okienku w urzędzie gminy załatwić wszystkie formalności związane z zarejestrowaniem nowego przedsiębiorstwa. System logistyczny niezbędny do tego nie został przygotowany, a teraz ministerstwo szykuje nowelizację, która ma przesunąć termin wejścia w życie przepisów uchwalonych w 2004 r. Przy okazji „majstruje” się ze zmianą definicji działalności gospodarczej, co może być dla przedsiębiorców kolejnym utrudnieniem. Na innym ręku szykowane są z kolei propozycje częściowego odejścia od zasady wiążącej interpretacji przepisów prawa podatkowego, której ustanowienie było w ocenie przedsiębiorców jednym z ważniejszych legislacyjnych osiągnięć ostatnich lat. Jeszcze ktoś inny zwrócił uwagę, że są opóźnienia w przygotowaniu zmian prawa energetycznego i może się zdarzyć, że 2008 r. Polska nie wywiąże się ze swoich unijnych zobowiązań przyjętych w Traktacie Akcesyjnym.

 

Tę listę bardzo konkretnych przykładów opóźnień, zaniechań, błędnych decyzji mógłbym wydłużyć. W sumie zreferowano ich na prawdę dużo.Wysłuchawszy tego wszystkiego wydało mi się, że nie należy się samo uspokajać. Dlatego prowadząc końcowy panel, przypomniałem ostrzeżenie wybitnego szwedzkiego ekonomisty Assara Linbecka, który starał się wyjaśnić dlaczego w jego kraju doszło do tak skrajnej deformacji „państwa opiekuńczego”. Wyjaśnienia tego procesu trzeba szukać nie tyle w jakimś świadomie przyjętym programie, ile w dominującym w latach 1960. i 1970. klimacie społecznym, który charakteryzowało przekonanie o zasadności centralnej politycznej interwencji w aktywność gospodarczą przedsiębiorstw i rodzin oraz podejrzliwość w stosunku do rynku, bodźców ekonomicznych i prywatnej przedsiębiorczości. W takim klimacie podejmowano szereg różnych odcinkowych decyzji, które spowodowały w rezultacie wielce niekorzystną zmianę.

Linbeck określa to obrazowo jako „tyranię drobnych decyzji i niewidzialnego mózgu”.

 

Dla mnie w polityce gospodarczej z czymś takim mamy teraz do czynienia. A symbolem tego jest dla mnie stacja we Włoszczowej. 

2006-11-13 09:14
Ogólne Komentarze (14)
 Oceń wpis
   
Szperając w archiwum, trafiłem na bardzo skądinąd dowcipne zestawienie dwóch wypowiedzi na temat naprawy finansów publicznych przygotowane przez „Życie Warszawy” (3-4 lipca 2004). Redakcja poprosiła Zytę Gilowską i mnie o porównanie tego zadania do leczenia stomatologicznego. A oto co z tego wyszło. Przy czym ze względu na ograniczoność miejsca podaję tylko nasze podsumowujące odpowiedzi.

PANI DOKTOR GILOWSKA OSTRZEGA


Wszyscy mówią, ze zostanie Pani ministrem finansów. Co zro­bi wtedy dentystka Gilowska?

Ktokolwiek zostanie dentystą, będzie musiał zadbać o ten lewy ząb trzonowy i od tego uzależnić le­czenie. Nie wiem, czy jak przyjdzie nowy rząd, trzeba już będzie z zęba wyjmować nerw, czy jeszcze nie. To nie będzie prosta sprawa.

Co będzie, jak się okaże, że konieczne jest leczenie kanałowe?

Nie obejdzie się bez kilku wizyt. Trze­ba będzie zatruć ząb, znieczulić, po­robić zdjęcia rentgenowskie. Jest je­den problem; zaniechanie leczenia lub leczenie niedokładne grozi po­ważnymi stanami zapalnymi.

Jest szansa, by się ich ustrzec?
Jest. Ale dentysta Hausner musi zrozumieć, że pacjenta trzeba poddać poważnemu zabiegowi chirurgicznemu. A nie liczyć na to, że jak w gabinecie się puści miłą muzyczkę i zastosuje gaz rozweselający, to pacjent zapomni, że nie ma czym gryźć i cała szczęka go boli.

PAN DOKTOR HAUSNER USPOKAJA

Chce Pan powiedzieć, że ope­racja jest niepotrzebna, że nie na­leży leczyć finansów publicznych?

Nikt nie lubi wizyty u dentysty, ale jak boli, to trzeba iść. Oczekujemy jednak, że nie trafimy na kogoś, kto na wszystko ma jedną radę usunię­cie i implant, i jeszcze dodaje, że ta­nio policzy. Chcę powiedzieć tylko, że należy wystrzegać się lekarzy, którzy zaczynają od totalnego krytyko­wania zawodowych umiejętności ko­legów i przekonują, że tylko oni są fa­chowcami, a ich metody - jedynie słuszne. Zwłaszcza jeżeli są to meto­dy operacyjne.

Chciałby Pan być leczony przez prof. Gilowską?

Być może po mnie właśnie pani pro­fesor będzie się zajmowała finansami publicznymi. Nie ja będę o tym decy­dował, ale gdybym był na miejscu pa­ni profesor, to na pewno nie podważałbym hurtem autorytetu kogoś, kto aktualnie zajmuje się moimi przyszły­mi pacjentami. Nie namawiałbym ich do tego, żeby nie wierzyli swojemu lekarzowi, żeby teraz zrezygnowali z zaproponowanej terapii, bo ja się ni­mi zajmę za pół roku, jak wrócę z urlo­pu. Powiedziałbym: bezwzględnie trzeba się leczyć i oceniać wyniki le­czenia. Moja terapia byłaby trochę in­na. Podpowiadałbym swemu koledze, co powinien jeszcze uwzględnić, ale przecież to on podejmuje decyzje i za nie odpowiada. Trzeba mu zaufać, bo inaczej z tego nic nie będzie.

Wtedy pani profesor poseł Gilowska była radykałem, jastrzębiem, który z politowaniem ocenia moje gołębie i głęboko niesatysfakcjonujące próby naprawcze, które nie mogły niczemu zaradzić.

Minęło dwa lata. I ze zdumieniem słyszę opinię pani wicepremier Gilowskiej, że „gospodarki nie można raptownie zmienić”, że najważniejsze w polityce gospodarczej – „nie szkodzić, nie przeszkadzać”. A tak w ogóle to „polska gospodarka ma się świetnie” (cytaty z niedawnej rozmowy w TNV 24).

I jak to wytłumaczyć?

2006-11-06 14:16
Ogólne gospodarka, gilowska, finanse Komentarze (10)
 Oceń wpis
   
Od pewnego czasu zajmuję się przygotowaniem książki na temat polityki gospodarczej w latach 2001-2005. Systematycznie przetrawiam setki dokumentów, notatek, różnych analiz i opracowań, jak też wycinków prasowych. I natknąłem się na artykuł mojego uczelnianego kolegi prof. dr hab. Czesława Bywalca opublikowany przez tygodnik „Przegląd” w nr 17 z 2004 r. pt. „Czy program Hausnera ożywi gospodarkę?”.

Zasadnicza teza mojego uczonego kolegi jest następująca: „Program Hausnera jest tak skonstruowany, że ratując finanse publiczne, będzie hamował wzrost gospodarczy”. W tekście można przeczytać: „Nadzieje, że zwiększone, dzięki obniżeniu CIT i liberalnemu prawu pracy zyski, przedsiębiorcy będą inwestować i tworzyć nowe miejsca zatrudnienia, czyli zwiększać dochody ludności, są w tej sytuacji płonne.”

Profesor Bywalec kasandrycznie zapowiadał, że perspektywa 25-procentowego bezrobocia jest bliska i nie ma co liczyć na znaczący napływ inwestycji zagranicznych. A to wszystko zostało powiedziane w kwietniu 2004 r., gdy gospodarka już ewidentnie szła ostro w górę.

Zresztą mój zacny kolega to dostrzegał, ale skomentował tak: „To gwałtowne przyspieszenie wzrostu gospodarczego nie jest bynajmniej wynikiem polityki gospodarczej naszego rządu, obniżenia podatków itp., lecz szczęśliwego zbiegu okoliczności, tj. wzrostu eksportu, który jak nigdy wcześniej – stał się główną siłą pociągową naszej gospodarki. A sprawcą tego cudu jest przede wszystkim bardzo wysoka aprecjacja euro, z 3,70-3,80 zł/euro przed kilkunastu miesiącami do obecnych 4,70-4,90 zł/euro. A co będzie, gdy kurs euro ponownie zacznie słabnąć?”.

I tak się stało. Od połowy 2004 r. kurs złotego znów zaczął się wyraźnie umacniać. A mimo to gospodarka nie wyhamowała. Przeciwnie, wysoki wzrost gospodarczy został utrzymany, dalej dynamicznie rósł eksport, szybciej niż import, gwałtownie rósł napływ inwestycji zagranicznych, po pewnym czasie ruszyły też inwestycje krajowe, i dzisiaj brakuje w Polsce budowlanych mocy wykonawczych, i w końcu zaczęło wzrastać zatrudnienie, wolno, ale wyraźnie.

Problem nie tylko w tym, że mój kolega niezbyt starannie przestudiował moje propozycje, ale także, w tym, że nie rozumie podstawowych mechanizmów ekonomicznych. W całym jego wywodzie szczególnie mnie razi to, że kwestię kursu złotego do euro widzi wyłącznie z perspektywy euro, czyli oddziaływania na kurs czynników zewnętrznych. Poziom kursu jest w jego ujęciu determinowany przez politykę krajów UE wobec Polski. Otóż o poziomie kursu w dużym stopniu decyduje także nasza polityka gospodarcza. Praktycznie oznacza to, że kurs wyraźnie słabł, bo stało się oczywiste, że Polska stanęła wobec groźby kryzysu finansów publicznych i nie było jasne, czy podjęte zostaną działania antykryzysowe. Wtedy, kiedy zostały one podjęte, kurs zaczął się umacniać.

Gdyby przyjąć rozumowanie profesora Bywalca nie należało tego robić. Przecież niski kurs złotego napędza nasz eksport. To, że niski kurs podnosi poziom naszego długu, prowadzi wprost do wzrostu kosztów jego obsługi; pogarsza sytuację finansów publicznych a napędza zyski zagranicznego kapitału i rynkowych spekulantów dla mego oponenta nie ma znaczenia.

Z drugiej strony powinno się pamiętać, że jeżeli napędzanie eksportu wynika z zaniżonego kursu waluty krajowej, napięcia wystąpią z innej strony. Pomijając już to, że pojawi się ostra reakcja ze strony krajów eksporterów (w naszym przypadku krajów członkowskich tego samego ugrupowania integracyjnego), to problem będzie w tym, że sztucznie koniunkturalnie podtrzymywana konkurencyjność, osłabia bodźce do strukturalnego umacniania konkurencyjności. Jeśli się łatwo sprzedaje, to po co obniżać koszty, podnosić jakość, usprawniać zarządzanie, unowocześniać produkty i usługi. Z czasem musi to spowodować utratę konkurencyjności i załamywanie się eksportu. Wtedy wystąpią poważne zakłócenia makroekonomiczne i wzrost siądzie.

Z tego punku widzenia stopniowa aprecjacja waluty krajowej odzwierciedlająca poprawę fundamentów gospodarki krajowej jest korzystna, bo strukturalnie utrwala zdolność konkurencyjną i wzrost.
2006-11-06 14:10
Ogólne plan hausnera, profesor bywalec, ekonomia, polityka Komentarze (7)
1 | 2 |